
Obserwując od dziesięcioleci puste korytarze pałacu w Targoszynie, zauważyłam niezwykle ciekawą rzecz u odwiedzających nas ludzi. Kiedy dziś stajecie w zabytkowych komnatach, które przez długie lata po wojnie były stopniowo ogołacane z dawnego przepychu, z żalem rozglądacie się po obdartych ścianach, próbując wyobrazić sobie, jak to wszystko mogło wyglądać, zanim dopadła je wieloletnia degradacja. Szukacie resztek sztukaterii na sufitach, próbując chwytać echa dawnych lat. Tymczasem to, co w takich ogołoconych miejscach stanowi często duszę, która oparła się upływowi czasu, znajduje się bezpośrednio pod Waszymi stopami i… wprost na wyciągnięcie ręki. A mowa o architekturze i elementach drewnianych.
Dla mnie dawna architektura to nie tylko gładkie marmury i ułożone w równe rzędy cegły. To także zapach i to unikatowe ciepło, jakie ma w sobie drewno. To skrzypiące parkiety, które pamiętają kroki wielu pokoleń. To misternie rzeźbione balustrady, po których miękko przesuwa się dłoń, gdy idziecie schodami w górę lub w dół. To potężne dwuskrzydłowe drzwi z niesamowitymi okuciami, przez które przekraczacie prób tego magicznego miejsca, czy wreszcie kunsztowna stolarka okienna. W zespole pałacowo-parkowym w Targoszynie, gdzie na co dzień staramy się przywracać dawny blask każdemu takiemu detalowi, drewno jest kolejnym milczącym, ale jednocześnie fascynującym świadkiem historii.
Zejdźmy więc dziś na chwilę ze spacerowych alejek, zamknijmy oczy i posłuchajmy, o czym szepczą nam stare drewniane belki i sosny uwięzione w murach pałacu i folwarku.
Kunszt rzeźbiarski w użytkowej formie
Dawniej drewno było w domach, pałacach i innych budynkach materiałem pierwszego wyboru. O ile surowy kamień i wypalana cegła gwarantowały bezpieczeństwo, izolację i solidność budynku, o tyle to szlachetne gatunki drewna (np. dąb, orzech czy mahoń) nadawały charakter wnętrzom, ocieplając chłodne mury i stanowiąc o prestiżu rezydencji.
Co jednak z dzisiejszej perspektywy robi największe wrażenie, to fakt, że te wszystkie misternie zdobione elementy powstawały w epoce, która nie znała produkcji taśmowej, powtarzalnych matryc ani komputerowych frezarek! Każda, najmniejsza nawet rama okienna z podziałami, każdy żłobiony stopień na głównej klatce schodowej, rzeźbione odrzwia, których dziś z taką czułością dotykamy, to w stu procentach efekt wielodniowej pracy, siły dłuta i hebla dawnego stolarza czy snycerza. Z dzisiejszej perspektywy można wręcz powiedzieć, że są to monumentalne, użytkowe rzeźby, kryjące w sobie odcisk ludzkiej dłoni, kunszt artysty czy rzemieślnika i pot wykonawcy.
A dlaczego właściwie te ocalałe podłogi wciąż tak przyjemnie (albo groźnie – jak uważają niektórzy) skrzypią pod naszymi stopami? W dawnej architekturze drewno traktowano jako materiał, który w naturalny sposób „oddycha” wraz z budynkiem. Przez lata przesuszenie powietrza przeplatało się z wilgocią ciągnącą od strony zabytkowego parku, co sprawiało, że drewno pracowało – kurczyło się, pęczniało i delikatnie odkształcało. Skrzypienie dębowego parkietu to nie jest więc żadna wada, tylko naturalny język drewna, które osiadło w swojej ostatecznej, dopasowanej do pałacu formie.
Konstrukcyjny geniusz dawnych cieśli
Aby jednak w pełni docenić inżynieryjną potęgę dawnej architektury drewnianej, musimy opuścić komnaty pałacu. Zapraszam Was na nasz folwark – do monumentalnej starej stodoły i spichlerza. To tutaj bije surowe, niesamowicie wytrzymałe serce dawnego rzemiosła, a drewna można dotknąć i doświadczyć w skali makro.
Kiedy wchodzimy do takiej zabytkowej stodoły, stajemy w wielkiej przestrzeni przypominającej niemal drewniany kościół. Naszym oczom od razu ukazuje się skomplikowany, potężny szkielet nośny. Już z poziomu podłogi, na wyciągnięcie ręki, mijamy ogromne, pionowe słupy nośne – to one dźwigają całą odpowiedzialność za budynek. W górze, tuż nad naszymi głowami, łączą się z poziomymi podciągami (tragarzami) i belkami stropowymi, które stabilizują bryłę. Aby cała ta układanka nie złożyła się jak domek z kart pod naporem wiatru, dawni inżynierowie stosowali usztywniające, ukośne elementy. Tak zwane miecze i zastrzały wpinano między słupy a strop. A na tym wielkim szkielecie – który pozwalał na swobodny ruch ogromnych wozów z plonami – wznosiła się ukryta w półmroku, skomplikowana więźba dachowa, ze swoimi murłatami, krokwiami i jętkami utrzymująca na sobie dach.
Wznoszenie takich gigantów bez użycia betonu, metalowych gwoździ czy nowoczesnych śrub wymagało inżynieryjnego geniuszu. Cieśle spajali elementy za pomocą zaawansowanych złączy (na czop, na wrąb). Zamiast stali, w drewniane węzły wbijano tyble – mocne dębowe kołki. Kiedy taki kołek wchłaniał z powietrza wilgoć, pęczniał, „zamurowując” złącze z ogromną siłą. To dało budynkowi niezwykłą elastyczność w zmaganiach z siłami natury.
Kiedy dzisiaj przyjrzymy się tym potężnym słupom i stropom z bliska, niemal na każdym rogu zauważymy długie, równe nacięcia. To ślady po uderzeniach prawdziwego topora! Przed erą maszyn i tartaków mechanicznych każda nośna belka w tym budynku była z okrągłego pnia ręcznie ociosywana w kwadrat. To ciosanie nadawało mu twardość i czyniło z całego wnętrza pomnik fizycznej walki dawnego rzemieślnika.
Tajemny język budowniczych i gmerki
Złożenie tak wielkiej, piętrowej struktury bez nowoczesnych planów, tylko z pomocą dłuta i noża, to osobny fenomen. Cieśle przymierzali do siebie te wyciosane potwory najpierw w poziomie – na ziemi lub jeszcze w lesie. Gdy upewnili się, że czopy idealnie wchodzą w gniazda, wycinali na drewnie specjalne znaki montażowe (ciesielskie). Te ukośne zaciosy lub powtarzające się rzymskie cyfry ułatwiały późniejsze wznoszenie budowli. Każdy, nawet wysoko pod dachem spichlerza, dokładnie wiedział, że element z dwiema rysami idealnie wejdzie w belkę z dwiema rysami.
W tych surowych halach cieśle i stolarze zostawiali jeszcze jedno świadectwo, czyli gmerki. Gmerk to osobisty, wydłutowany lub wypalony znak rzemieślnika (odpowiednik dzisiejszego logo). To pieczęć najwyższej jakości wykonania, stanowiąca dla mistrza powód do dumy na pokolenia do przodu. Dziś, podczas naszych prac rewitalizacyjnych, z ogromną radością wciąż natrafiamy na takie ukryte przed światem podpisy w starym folwarku.
Przeczytaj odcinek Przygód Marysieńki, w którym odkryto jeden z gmerków.
Szacunek i drugie życie
W Fundacji Marysieńka z pietyzmem podchodzimy do ochrony tych konstrukcji. Podczas prac remontowych walczymy o każdą historyczną belkę, każdy rygiel czy krokiew, które na to pozwalają. Jeśli – z racji utraty nośności i współczesnych wymogów bezpieczeństwa – część drewnianych elementów musiała zostać zdemontowana, w żadnym wypadku nie traktujemy ich jak odpadu. Ze starannie oczyszczonego drewna z rozbiórki robimy klimatyczne drzwi. Planujemy też stworzyć niesamowite ozdobne detale, które powoli będą wypełniać przestrzeń m.in. biura fundacji i powstającej restauracji.
Dlaczego to robimy? Stare drewno naturalnie wysezonowało się przez dziesięciolecia. Zyskało bezcenną stabilność, niezwykłą fakturę, historię, a przede wszystkim szlachetną, niepodrabialną patynę. Ratując z folwarku każdą belkę i dając jej drugie życie we wnętrzach, oddajemy nasz hołd tamtym mężczyznom, którzy ponad stulecie temu pracowali tu z takim oddaniem.
A więc Kochani, następnym razem, przesuwając dłonią po wyślizganej pałacowej balustradzie lub opierając rękę o monumentalny, ociosany słup nośny w stuletniej stodole, na moment zamknijcie oczy. Pamiętajcie wtedy, że dotykacie sztuki, doskonałej mądrości inżynieryjnej i potu dawnych dłoni, zaklętego na wieki w tym przepięknym budulcu.
Wasza
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽
PS Zapraszam na Dni Architektury Drewnianej!
Zastanawialiście się kiedyś, jak te surowe konstrukcje ciesielskie – potężne, ociosane słupy i inżynieryjne wiązania – wyglądają na żywo w naszym folwarku? Mam wspaniałą wiadomość! Dbałość naszej fundacji o najdrobniejsze historyczne detale została właśnie oficjalnie doceniona. Zespół w Targoszynie znalazł się na elitarnej mapie ogólnopolskich Dni Architektury Drewnianej, organizowanych przez Narodowy Instytut Dziedzictwa!
Z tej wyjątkowej okazji postanowiliśmy otworzyć dla Was wrota zazwyczaj zamkniętych budynków dawnego folwarku. Już w najbliższą sobotę, 22 sierpnia, w godzinach od 10:00 do 16:00, prezes Łukasz Jurek wspólnie ze specjalistami z radością zdradzą Wam te ukryte sekrety konstrukcyjne naszych dawnych cieśli! Zwiedzanie, które potrwa ok. 45 minut, będzie w pełni bezpłatne i będzie wyruszać o każdej pełnej godzinie (ze względów bezpieczeństwa w grupach do 30 osób).
A gdy po spacerze pośród starego drewna zapragniecie odpoczynku, zapraszamy do naszej Letniej Strefy. Czekają tam na Was leżaki pod 300-letnim Platanem Miłości, a orzeźwienie zapewni nasza kawiarenka. Zapraszamy na pyszną kawę i herbatę oraz doskonałe, rzemieślnicze lody z kamiennogórskiej Pomarańczki.Cafe. Dla małych odkrywców przygotowaliśmy dmuchańce za jedyne 20 zł za dowolną liczbę wejść. A o 13:00 i 15:00 osoby, które chciałyby wesprzeć ratowanie pałacu, zapraszamy na oprowadzanie po jego wnętrzach (cegiełka 20 zł).
Ponadto, ci którzy najbardziej stęsknili się za naturą, mogą uczestniczyć w półgodzinnych, edukacyjnych spotkaniach w naszej bezpiecznej zagrodzie z najsympatyczniejszymi alpakami w okolicy. Zapraszamy grupy min. 4 os., cena 80 zł – dopłata za każdą kolejną osobę to tylko 20 zł).
Wpadajcie doświadczyć piękna drewna, odpocząć i chłonąć tę wyjątkową atmosferę. Czekamy na Was!
