
W poprzednim odcinku: Remontowy gwar w dawnym folwarku przyniósł niespodziewane odkrycie. Podczas prac ziemnych robotnicy natrafili na zapieczętowaną zieloną butelkę, ukrytą pod starym progiem ponad sto lat temu przez samą Marysieńkę. List wewnątrz kapsuły czasu nie tylko zdradził niezwykłe, opiekuńcze intencje młodej dziewczyny, ale też oficjalnie uwiecznił datę jej urodzin – 18 kwietnia, czyli idealnie w Światowy Dzień Ochrony Zabytków.
Lipcowe słońce prażyło nad Targoszynem z bezlitosną siłą, ale na folwarcznym dziedzińcu praca wrzała. Z każdym dniem zarys przyszłej restauracji stawał się coraz wyraźniejszy. W powietrzu unosił się gęsty, żywiczny zapach ciętego drewna, który mieszał się z aromatem kwitnącej w pałacowym parku lawendy.
Dorota przyglądała się, jak pracownicy ostrożnie oczyszczają potężne, nadgryzione zębem czasu belki. Fundacja Marysieńka miała żelazną zasadę: ratujemy wszystko, co się da. Elementy zabytkowej więźby dachowej, których nie można było z powrotem zamontować na górze, dostały właśnie drugie życie. Stolarze precyzyjnie docinali je, by stworzyć z nich masywne, rustykalne drzwi do restauracyjnych toalet.
Ośmioletni Tomek kręcił się w pobliżu, zafascynowany stertą drewnianych ścinków. Nagle wyciągnął z niej niewielki, odcięty kawałek starej krokwi i podbiegł do mamy.
– Mamo, patrz! Ktoś tu coś narysował – powiedział chłopiec, przecierając brudną dłonią powierzchnię drewna.
Dorota kucnęła obok syna. Na boku klocka, w miejscu, gdzie drewno było najtwardsze, widniał wypalony i pogłębiony dłutem niewielki znak – wpisane w siebie litery „H” i „W”, otoczone kształtem przypominającym liść dębu. – To gmerk, kochanie – wyjaśniła. – Taki podpis dawnego cieśli. Kiedyś rzemieślnicy w ten sposób znaczyli swoje najlepsze prace.
Dźwięk dawnego dłuta
Zanim Tomek zdążył zadać kolejne pytanie, warkot współczesnej piły tarczowej niespodziewanie ucichł. Powietrze zrobiło się gęste, a zamiast hałasu maszyn, usłyszeli miarowe, rytmiczne uderzenia dłuta w drewno. Stuk. Stuk. Stuk.
Tuż obok Doroty z powietrza utkała się znajoma, świetlista sylwetka ducha Marysieńki. Przewodniczka uśmiechnęła się szeroko kładąc palec na ustach i wskazała głową na środek dziedzińca.
Zniknęły betonowe betoniarki i folie ochronne. Zamiast nich, w letnim słońcu początku XX wieku, Dorota i Tomek ujrzeli starszego, potężnie zbudowanego mężczyznę w skórzanym fartuchu, który precyzyjnie ciosał potężną dębową belkę. Obok niego, siedząc na pieńku, uważnie przyglądała się temu młoda, żyjąca jeszcze Marysieńka.
– Panie mistrzu, dlaczego pan tak pieczołowicie wygładza ten jeden bok, skoro ta belka i tak zniknie wysoko pod dachem? Nikt jej tam nie zobaczy – zapytała dziewczyna z przeszłości, z zadziwiającą ciekawością w głosie.
Cieśla przerwał pracę, otarł pot z czoła i z uśmiechem spojrzał na młodą Marię. Następnie sięgnął po rozgrzane w małym palenisku żelazo i precyzyjnie wypalił na drewnie znak – splecione litery „H” i „W” w liściu dębu.
– Bo drewno ma swoją duszę, panienko – odpowiedział głębokim, spokojnym głosem. – Drzewo, z którego ja pozyskaliśmy, wyrosło w naszej ziemi, piło naszą wodę. Ja tylko nadaję mu nowy kształt. Jeśli zrobię to uczciwie, a ludzie będą o nie dbać, to drewno przetrwa stulecia. Zobaczy panienka, ono będzie służyć nawet wtedy, gdy po nas zostaną tylko wspomnienia.
Dziewczyna z przeszłości z podziwem pogłaskała gładką powierzchnię drewna. W tym samym momencie duch Marysieńki, stojący tuż obok Doroty, odwrócił się w jej stronę. Przewodniczka mrugnęła okiem, poprawiła spódnicę i rozpłynęła się w letnim powietrzu.
Drugie życie
Gwar współczesnej budowy uderzył w ich uszy z podwójną siłą. Tomek nadal ściskał w dłoniach drewniany klocek ze znakiem dawnego mistrza. – Miał rację, mamo – szepnął chłopiec z przejęciem. – To drewno wciąż tu jest. Przetrwało!
Do Doroty i Tomka podszedł Łukasz, niosąc zwinięte plany architektoniczne restauracji. Spojrzał na znalezisko w rękach chłopca i uśmiechnął się z satysfakcją. – O, widzę, że znalazłeś historyczny podpis! – powiedział prezes Fundacji. – Właśnie dlatego tak walczyliśmy o każdą sztukę tego drewna z rozbiórki. Moglibyśmy kupić nowe, proste deski w markecie budowlanym, ale te belki to nasza targoszyńska historia. Teraz, jako drzwi w naszej nowej restauracji, dostaną szansę, by służyć ludziom przez kolejne dziesięciolecia.
Dorota uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że w starych murach folwarku nic nie dzieje się przypadkiem, a dawny rzemieślnik z inicjałami H.W. właśnie otrzymał od Fundacji najpiękniejszy możliwy prezent – spełnienie swojej własnej przepowiedni…
Cdn.
