
W poprzednim odcinku: Stara fotografia pałacu z 1991 roku zabrała Dorotę i Tomka do czasów, kiedy w jego wnętrzach mieściły się biura PGR-u i mieszkania pracownicze. Tomek odkrył wtedy, że historia nie zawsze musi być bardzo stara. Czasem wystarczy trzydzieści kilka lat, żeby dobrze znane miejsce wyglądało zupełnie inaczej.
Najgorszy miesiąc w roku
– Listopad jest bez sensu – oznajmił Tomek.
Dorota spojrzała na niego znad kubka.
– Cały? – zapytała zdziwiona.
– Cały.
– Od pierwszego do trzydziestego?
– Tak.
– To dosyć poważne oskarżenie.
Tomek wzruszył ramionami i spojrzał przez okno. Padało. Nie porządnie, tylko właśnie listopadowo. Drobno, uporczywie i bez większego przekonania. Park był mokry, alejki pełne brunatnych liści, a niebo wyglądało tak, jakby ktoś od rana zapomniał zapalić światło.
– W październiku przynajmniej są kolorowe drzewa – ciągnął Tomek. – W grudniu jest Boże Narodzenie. W styczniu może spaść śnieg. A listopad?
Dorota zastanowiła się.
– Listopad ma… listopad.
– No właśnie.
Siedzieli w pałacu, czekając, aż deszcz trochę odpuści. Bez większych sukcesów. Tomek przeglądał leżącą na stole monografię Targoszyna. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej robił to głównie wtedy, kiedy spodziewał się znaleźć jakąś wskazówkę od Marysieńki. Teraz zaglądał do niej coraz częściej również z własnej woli. Nie żeby się do tego przyznawał. Nagle zatrzymał palec na jednym akapicie.
– Mamo?
– Mhm?
– Co to jest kiermasz?
– Zależy jaki.
– Targoszyński.
Dorota odstawiła kubek.
– Pokaż.
Tomek przesunął książkę w jej stronę.
– Piszą, że był w połowie listopada.
– No widzisz. A przed chwilą mówiłeś, że listopad jest bez sensu.
– Jeszcze nie wiem, czy ten kiermasz coś zmienia.
– Rozumiem. Miesiąc dostał szansę na apelację.
Tomek zaczął czytać dalej. Po chwili zmarszczył brwi.
– Dwie gospody?
– Widocznie.
– Naprzeciwko siebie?
– Tak wynika z tekstu.
– I tańczyli w obu?
– Najwyraźniej.
Tomek spojrzał na mamę.
– To skąd wiedzieli, w której mają być?
Dorota otworzyła usta, ale nie zdążyła odpowiedzieć. W powietrzu pojawił się znajomy zapach lawendy. Tomek zamknął oczy.
– Wiedziałem.
– Co?
– Że listopad zaczyna się poprawiać.
Gdzie się podziała cisza?
Kiedy otworzył oczy, pierwszą rzeczą, którą usłyszał, była muzyka. Drugą – śmiech, a trzecią – czyjś bardzo głośny okrzyk dobiegający z budynku po drugiej stronie drogi.
Dorota i Tomek stali przy głównej ulicy Targoszyna. Tyle że zdecydowanie nie był to Targoszyn, który znali. Po drodze szli ludzie ubrani odświętnie. Ktoś niósł kosz. Ktoś inny prowadził dzieci. Z jednego domu dochodził zapach pieczonego ciasta, z drugiego mięsa. A po obu stronach drogi rzeczywiście znajdowały się gospody. I z obu dobiegała muzyka. Tomek odwracał głowę raz w lewo, raz w prawo.
– To tutaj?
– Najwyraźniej – odpowiedziała Dorota.
Drzwi jednej z gospód otworzyły się gwałtownie i na drogę wypadło dwóch roześmianych mężczyzn. Jeden z nich zrobił kilka kroków, zachwiał się, spojrzał na gospodę po przeciwnej stronie i bez chwili namysłu ruszył prosto do niej. Tomek patrzył za nim.
– On się pomylił? – zapytał.
– Nie sądzę.
– Ale wyszedł z jednej i wszedł do drugiej.
– To akurat wygląda na bardzo świadomą decyzję.
– Dzień dobry!
Marysieńka stała za nimi. Tym razem miała minę zdecydowanie bardziej zadowoloną niż podczas ich wizyty w pałacu z 1991 roku.
– Babciu Marysieńko!
– No proszę. A podobno listopad jest bez sensu.
Tomek zmrużył oczy.
– Podsłuchiwałaś?
– Ja? Nigdy.
Dorota parsknęła śmiechem.
Po żniwach też trzeba żyć
Marysieńka poprowadziła ich główną ulicą.
– Kiermasz organizowano tutaj każdego roku w połowie listopada – wyjaśniła. – W niedzielę i poniedziałek.
– Czemu akurat wtedy?
– Bo żniwa były już za mieszkańcami. Najcięższe prace polowe kończyły się, spiżarnie były pełniejsze, a ludzie mogli wreszcie pozwolić sobie na trochę świętowania.
Tomek rozejrzał się. Trudno było nie zauważyć, że Targoszynianie korzystali z tej możliwości całkiem sumiennie. Do wsi przyjeżdżali krewni z okolicy. Przed domami zatrzymywały się wozy. Ludzie witali się, rozmawiali i przechodzili od jednego gospodarstwa do drugiego.
– Czyli to trochę jak impreza całej wsi?
– Mniej więcej.
– A po co dwie gospody?
Marysieńka zerknęła w stronę jednej z nich.
– Widocznie jedna nie wystarczała.
Weszli do środka. Tomek zatrzymał się już przy drzwiach. W dużej izbie było pełno ludzi. Przy jednym końcu grano muzykę, pośrodku tańczono, a przy ścianach ustawiono stoły. Na jednym z nich trwała gra w kości. Tomek natychmiast ruszył w tamtą stronę.
– Wiedziałam – zaśmiała się Dorota.
Piernikowa fortuna
Przy stole kilku mężczyzn pochylało się nad kostkami. Obok leżały fanty. Tomek przyjrzał im się uważnie.
– To są serca?
– Piernikowe – odpowiedziała Marysieńka.
– Grają o pierniki?
– Owszem.
Tomek wyglądał na człowieka, który właśnie odkrył wyjątkowo sensowny system gospodarczy.
– To dużo lepsze niż pieniądze.
– Nie jestem pewna, czy wszyscy ekonomiści by się z tobą zgodzili.
– Ale pieniędzy nie można zjeść.
Marysieńka popatrzyła na Dorotę.
– Trudno odmówić mu logiki.
Na stole potoczyły się kostki. Ktoś krzyknął. Ktoś inny zaśmiał się tak głośno, że odwróciło się pół sali. Zwycięzca zabrał piernikowe serce i uniósł je nad głowę. Tomek patrzył z zachwytem.
– Mogę zagrać? – zapytał mamę.
– Nie.
– Czemu?
– Bo jesteś niewidzialnym ośmiolatkiem z przyszłości – odpowiedziała rozbawiona Dorota.
Tomek westchnął.
– Zawsze znajdziesz jakiś powód.
Najsmaczniejsza część historii
Wyszli z gospody. Na ulicy zrobiło się jeszcze tłoczniej. Z otwartych okien domów dochodziły zapachy wypieków.
– Co jedli? – zapytał Tomek.
Dorota spojrzała na niego.
– Wiedziałam, że dojdziemy do tego punktu.
Marysieńka zaczęła wyliczać:
– Ciasta z kruszonką, makowce, bułeczki z rodzynkami…
– Dobrze.
– Kiełbasy i inne potrawy mięsne…
– Bardzo dobrze.
– A protestanci przygotowywali również kluski z makiem, robione z ziemniaków, gotowane, a potem smażone z dodatkiem cukru.
Tomek zatrzymał się.
– Ziemniaki, mak i cukier?
– Tak.
– Razem?
– Tak.
– Kto to wymyślił?
Marysieńka wzruszyła ramionami.
– Niestety nie pamiętam wszystkiego.
– I ludzie to jedli?
– Skoro przygotowywali, to podejrzewam, że nie tylko na to patrzyli.
Dorota uśmiechnęła się.
– Ja bym spróbowała.
– Ja też – zdecydował Tomek po chwili.
To był najwyraźniej największy komplement, jaki mógł wystawić dawnej kuchni.
Piekarz z fajerwerkami
Przed niewielkim budynkiem zgromadziła się grupa młodych ludzi. Tomek przyspieszył.
– Co oni mają?
Marysieńka uśmiechnęła się.
– Zaraz zobaczysz.
Chwilę później coś świsnęło. Nad ulicą błysnęło światło. Tomek aż podskoczył.
– Fajerwerki?!
– Sztuczne ognie.
– W listopadzie?
– W listopadzie.
– Na wsi?
– W Targoszynie.
Tomek aż się odwrócił.
– Tego Breitkopfa?!
– Tego samego.
– Od kajzerki?
– Od kajzerki.
Dorota roześmiała się. Trudno było zapomnieć ich pierwszą wizytę w jego piekarni – zwłaszcza że wyszli z niej z bochenkiem chleba, który jeszcze długo po powrocie do domu pozostawał ciepły.
Tomek spojrzał na sztuczne ognie, potem w stronę piekarni.
– Czyli piekł chleb i sprzedawał fajerwerki?
– Najwyraźniej uznał, że człowiek nie samym pieczywem żyje.
– Lubię go jeszcze bardziej – stwierdził Tomek.
Nad drogą rozbłysło kolejne światło. Na chwilę zrobiło się jasno. Wokół ktoś klasnął, ktoś krzyknął, dzieci zaczęły się śmiać. Tomek stał z zadartą głową.
– Dobra.
– Co dobra?
– Cofam.
– Co dokładnie?
– Listopad nie jest bez sensu.
Marysieńka pokiwała głową.
– Człowiek uczy się całe życie.
Z jednej gospody do drugiej
Wieczorem obie gospody były już pełne. Ludzie rzeczywiście przechodzili między nimi bez większego zastanowienia. Z jednej dochodziła muzyka, z drugiej śmiech. Ktoś wychodził, ktoś wchodził, ktoś najwyraźniej nie był już całkowicie pewien, z której właśnie wyszedł. W pewnym momencie obok Doroty, Tomka i Marysieńki przeszedł przyjezdny. Spojrzał najpierw na jedną gospodę, potem na drugą i powiedział coś do swojego towarzysza. Tomek nie zrozumiał słów. Marysieńka zaczęła się śmiać.
– Co powiedział?
– Że w Targoszynie jest bardzo wygodnie.
– Czemu?
– Bo kiedy wylecisz z jednej knajpy, od razu wpadasz do drugiej.
Dorota wybuchnęła śmiechem, Tomek również.
– Naprawdę ktoś tak powiedział?
Marysieńka popatrzyła na niego znacząco.
– Sprawdzisz.
Zapach lawendy wrócił.
– Już?
– Listopad wystarczająco się obronił.
Apelacja przyjęta
Znów siedzieli przy stole. Za oknem nadal padał ten sam drobny, irytujący deszcz. Monografia leżała otwarta dokładnie w tym samym miejscu. Tomek natychmiast zaczął czytać. Kiermasz, połowa listopada, niedziela i poniedziałek, dwie gospody, tańce, gra w kości, piernikowe serca, ciasto z kruszonką, makowiec i bułeczki z rodzynkami, kluski z makiem, sztuczne ognie sprzedawane przez piekarza Breitkopfa… Wszystko się zgadzało! Tomek przesuwał palcem po tekście coraz szybciej. I nagle zatrzymał się.
– Jest!
– Co?
Przeczytał na głos zdanie o przybyszu, który zachwycał się tym, że w Targoszynie można wypaść z jednej gospody i natychmiast znaleźć się w drugiej. Popatrzył na Dorotę.
– Ona specjalnie nam to pokazała.
– Oczywiście.
– Wiedziała, że będę sprawdzał.
– Oczywiście.
Tomek zamknął książkę. Za oknem nadal było mokro, szaro i listopadowo. Ale teraz, kiedy patrzył na główną ulicę Targoszyna, widział ją już trochę inaczej. Gdzieś pomiędzy dzisiejszymi domami mieściły się kiedyś dwie gospody pełne ludzi. Ktoś tańczył. Ktoś rzucał kośćmi, próbując wygrać piernikowe serce. Ktoś szedł z lampionem na wieczorną zabawę. Młodzież odpalała sztuczne ognie kupione u piekarza. I przez dwa listopadowe dni cała wieś najwyraźniej miała bardzo poważne rzeczy do zrobienia.
Tomek spojrzał na mamę.
– My też powinniśmy zrobić taki kiermasz.
Dorota uniosła brwi.
– Z dwiema gospodami?
– Najlepiej.
– Grą w kości?
– Koniecznie.
– I piekarzem sprzedającym fajerwerki?
Tomek zastanowił się chwilę.
– To może być trudniejsze.
W powietrzu przez moment pojawił się zapach lawendy. Jakby Marysieńka również miała w tej sprawie pewne wątpliwości.
Cdn.
