
W poprzednim odcinku: Sierpniowy Targoszyn tętnił życiem. Fundacja przeniosła biuro do odnowionych pomieszczeń folwarku, a w parkowej zagrodzie zamieszkały alpaki, które w przyszłości mają pomagać w terapii. Marysieńka pokazała Dorocie i Tomkowi, że nowe życie od dawna znajdowało w tym miejscu bezpieczną przystań.
Wieczór „zrobił się” wcześniej
Wrześniowe popołudnia nadal potrafiły być ciepłe, ale wieczór przychodził już znacznie szybciej. Dorota zauważyła to dopiero wtedy, gdy spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziła, że nie było jeszcze nawet ósmej, a park powoli zanurzał się w granatowym półmroku.
Tomek oczywiście nie zwracał uwagi ani na godzinę, ani na coraz chłodniejsze powietrze. Od dobrych kilkunastu minut stał przy zagrodzie dla alpak i przyglądał się najmłodszemu mieszkańcowi Targoszyna. Jedna z przyszłych mam, o których jeszcze miesiąc wcześniej tak martwili się Maria i Łukasz, zdążyła już urodzić, więc wszystkie inne atrakcje pałacu i folwarku straciły chwilowo dla ośmiolatka znaczenie.
– Jeszcze pięć minut – poprosił po raz trzeci.
– Pięć minut temu też było pięć minut.
– Ale tamte były inne.
Dorota roześmiała się.
– Oczywiście. Chodź, bo za chwilę będziemy wracać po ciemku.
W końcu ruszyli. Minęli folwark, wyszli poza teren kompleksu i skierowali się w stronę głównej ulicy Targoszyna. Nad dachami domów pozostał jeszcze wąski pas jasnego nieba, ale wieś powoli zmieniała swój dzienny rytm. Z podwórek znikały ostatnie narzędzia, zamykały się bramy, w oknach zapalały światła.
I właśnie wtedy, jedna po drugiej, rozbłysły uliczne lampy.
Tomek spojrzał w górę.
– Mamo?
– Mhm?
– A kiedy tutaj pierwszy raz zapaliła się latarnia?
Dorota już otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła.
– Wiesz co? Nie pamiętam.
– Ty czegoś nie pamiętasz?
– Zdarza mi się.
– Dziwne.
Wyspy światła
Tomek zatrzymał się dokładnie pod jedną z lamp.
– Ale kiedyś przecież nie zapalały się same. Ktoś musiał chodzić i je wszystkie zapalać.
– Jeśli były naftowe, pewnie tak.
– A elektryczne?
Dorota wzruszyła ramionami.
– Sprawdzimy w domu.
W tej samej chwili lampa nad nimi zamigotała.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
– Mamo…
Dorota już poczuła ten zapach.
Lawenda.
Nie intensywna, letnia, rozgrzana słońcem, jak ta kwitnąca przy pałacu, lecz delikatna, chłodna, jakby ktoś właśnie przesunął dłonią po wysuszonym bukiecie.
Światło latarni zgasło.
A kiedy zapaliło się ponownie, asfalt pod stopami Doroty i Tomka zniknął.
Stali przy tej samej ulicy, ale wyglądała zupełnie inaczej. Pod stopami mieli nierówny stary bruk, chodnik był znacznie węższy, zabudowania miały inne ogrodzenia i bramy. Zniknęły samochody. Nie było znaków drogowych, współczesnych przewodów ani jasnych witryn. Za to wzdłuż ulicy stały wysokie słupy. Tomek spojrzał w górę. Na jednym z nich wisiała lampa. Nie świeciła.
– To chyba jeszcze zanim ją włączyli – szepnął.
Z pobliskiego domu wyszedł mężczyzna. Narzucił na ramiona kurtkę, przeszedł kilka kroków w stronę słupa i po chwili lampa rozbłysła.
Tomek aż klasnął. Nieco dalej wydarzyło się to samo. Potem przy następnym domu. Jedna po drugiej wzdłuż ulicy pojawiały się małe kręgi światła. Nie było ich wiele. Nie rozpraszały nocy tak jak współczesne oświetlenie. Pomiędzy nimi nadal zalegały szerokie pasy ciemności, ale właśnie dlatego każda z lamp wydawała się niezwykle jasna.
Kilkoro dzieci wybiegło na ulicę. Przechodziły z jednego kręgu światła do drugiego, zatrzymując się w jasnych plamach rzucanych na bruk i przeskakując przez ciemne przestrzenie pomiędzy nimi.
Tomek patrzył zahipnotyzowany.
– Wygląda jak gra.
Dorota też to widziała. Jasna wyspa. Ciemność. Następna jasna wyspa. Dla nich zwyczajna uliczna lampa była czymś, czego właściwie się nie zauważało. Dla mieszkańców tamtego Targoszyna musiała oznaczać, że noc właśnie przestała być tak ciemna jak przez wszystkie poprzednie stulecia.
Po przeciwnej stronie ulicy pojawiła się znajoma postać.
Marysieńka.
Nie duch w błękitnej sukni, którego znali Dorota i Tomek, lecz żywa kobieta. Starsza niż w poprzednich wizjach, ubrana zgodnie z modą lat 20. Stała przy ogrodzeniu i z wyraźnym rozbawieniem obserwowała dzieci biegające od lampy do lampy.
Nagle odwróciła głowę. Popatrzyła prosto na Tomka i uśmiechnęła się.
Punktualnie o jedenastej
Obraz przyspieszył. Dorota nie potrafiła powiedzieć, czy minęło kilka minut, czy kilka godzin. Ludzie stopniowo znikali z ulicy. Zamknęły się drzwi ostatnich domów. Ucichły głosy. Dzieci dawno przestały bawić się pod lampami. Noc zgęstniała.
Wtedy pojawił się mężczyzna idący spokojnym, miarowym krokiem przez wieś.
– Kto to? – zapytał Tomek.
Dorota nie odpowiedziała. Mężczyzna zatrzymał się przy pierwszej lampie. Światło zgasło. Ruszył dalej. Przy następnej znów zatrzymał się na moment. Ciemność. Potem kolejna. I jeszcze jedna. Za jego plecami wieś stopniowo znikała. Tomek przestał się uśmiechać.
– Czemu on je gasi?
Marysieńka stała teraz obok nich. Znowu była tą Marysieńką, którą znali – lekką, niemal przezroczystą, pachnącą lawendą.
– Bo jest jedenasta – odpowiedziała.
– I co z tego?
W jej oczach pojawiły się wesołe iskierki.
– W Targoszynie nawet światło miało kiedyś godziny pracy.
Stróż przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów. Została ostatnia widoczna lampa. Przez krótką chwilę wisiała samotnie w ciemności. Pod nią połyskiwał bruk, kawałek płotu i fragment drogi. Dalej nie było już prawie niczego. Mężczyzna podszedł do słupa. Światło zgasło i Targoszyn pogrążył się w nocy.
Sto lat później
Tomek zamrugał. Stał już pod współczesną latarnią. Samochód przejechał ulicą, oświetlając na chwilę fasady domów. Gdzieś zaszczekał pies. W oddali świeciły kolejne lampy – równo, jasno, bez żadnego stróża obchodzącego wieś.
– Ale naprawdę gasili je wszystkie o jedenastej? – zapytał.
– Tego właśnie musimy się dowiedzieć – odpowiedziała Dorota.
Jeszcze tego samego wieczoru otworzyli monografię Targoszyna. Tomek pierwszy znalazł odpowiedni fragment. W latach 20. pojawiły się we wsi pierwsze lampy uliczne. Montowano je na słupach wysokiego napięcia. O zmierzchu każdą lampę włączał właściciel domu, przy którym stał słup. Tomek spojrzał triumfalnie na mamę.
– Widzisz? Tak jak pokazała babcia Marysieńka!
Czytał dalej. O godzinie dwudziestej trzeciej, podczas nocnego obchodu, lampy wyłączał wiejski stróż. Chłopiec przez chwilę milczał.
– To on naprawdę chodził przez całą wieś?
– Wygląda na to, że tak.
– Codziennie?
– Najwyraźniej.
Tomek zamknął książkę i spojrzał przez okno. Za szybą świeciła uliczna latarnia.
– To ja bym jednak wolał dzisiejsze.
– Dlaczego?
– Bo jakbym wracał do domu o jedenastej pięć, to miałbym problem.
Dorota parsknęła śmiechem. Po chwili jednak sama spojrzała na światło za oknem.
Jeszcze niewiele ponad sto lat wcześniej elektryczność była w Targoszynie nowością. Najpierw weszła do domów i gospodarstw, potem zaczęła napędzać maszyny, aż w końcu wyszła także na ulicę. Dziś nikt nie zatrzymywał się pod latarnią z zachwytem. Nikt nie wyglądał przez okno, żeby zobaczyć, jak rozbłyska. Światło stało się czymś oczywistym.
Może właśnie dlatego warto było czasem zobaczyć je oczami ludzi, dla których oczywiste jeszcze nie było.
A gdzieś między parkiem a wsią Marysieńka zapewne już czekała na kolejną historię, którą należało na chwilę wyjąć z ciemności.
Cdn.
