
W poprzednim odcinku: Odkrycie historycznego gmerku mistrza cieśli na starej krokwi uświadomiło wszystkim, że pieczołowicie odzyskiwane podczas remontu drewno naprawdę ma w sobie duszę. Duch Marysieńki upewnił założycieli fundacji, że ratowanie każdego zabytkowego detalu to najlepsza droga do zachowania historii Targoszyna.
Sierpniowy gwar i nowe początki
Sierpień powitał Targoszyn falą gorącego słońca, ale pod koronami starych drzew w pałacowym parku panował rześki chłód. Tego lata majątek tętnił życiem jak za dawnych, wspaniałych lat. Trwał właśnie cykl wydarzeń pod hasłem „Letnie Weekendy w Targoszynie”, a zrewitalizowanymi alejkami spacerowały całe rodziny z bliższych i dalszych okolic, odkrywając uroki dawnej rezydencji.
Dla Fundacji Marysieńka był to czas przełomowy. Remont folwarku wkroczył w bardzo zaawansowany etap. Ze środka Sali Marysieńki zniknęła już część rusztowań, odsłaniając urok przyszłej restauracyjnej sali, która już niedługo zacznie przygotowania do tego, by przyjąć turystów. Jednak największym powodem do świętowania była przeprowadzka – Maria i Łukasz wreszcie przenieśli oficjalne biuro Fundacji do nowych, pachnących świeżym drewnem i historią starych cegieł folwarcznych wnętrz.
Było wczesne sobotnie popołudnie. Dorota i Tomek, którzy prawie cały lipiec spędzili na wyjeździe, wpadli w odwiedziny, by pogratulować im tego wielkiego kroku, ale uwaga ośmiolatka natychmiast uciekła od spraw biurowych i skupiła się na czymś zupełnie innym. Albo raczej – na kimś, o kim Tomek wiedział, że niedawno zamieszkał na tyłach folwarku…
Kudłaci terapeuci i wielka niespodzianka
W specjalnie przygotowanej, bezpiecznej zagrodzie w parku na tyłach folwarku zamieszkały cztery niezwykłe lokatorki. Pierwsze, w pełni profesjonalne asystentki przyszłego Ośrodka Terapii Hipokrates – alpaki.
Tomek stał przy drewnianym ogrodzeniu z otwartą buzią, wpatrując się w przeżuwające trawę zwierzęta. Każda z nich była inna: czarna jak węgiel Greta, puszysta i brązowa Trufla, bielutka Beza o bystrych, brązowych oczach oraz najmłodsza trzpiotka – Luiza, wyróżniająca się niesamowitym, błękitnym spojrzeniem. Wydawały z siebie cichy, wibrujący dźwięk, przypominający uspokajające mruczenie.
Z nowego biura wyszła ku nim Maria z naręczem świeżych gałązek i wiadrem wody.
– Powoli robią się z nich kuleczki – powiedziała z uśmiechem, podając Tomkowi garść liści, by mógł nakarmić Gretę. – Od kiedy w czerwcu dowiedzieliśmy się, że dwie z nich spodziewają się młodych, dosłownie chuchamy na nie i dmuchamy. Traktujemy je jak prawdziwe królowe.
– Kiedy będą małe? – zapytał Tomek, delikatnie głaszcząc puszystą szyję Trufli.
– Do tego jeszcze trochę czasu, bo ciąża alpak jest bardzo długa – zaśmiał się Łukasz, dołączając do nich. – Ale nie ukrywam, że bywamy przewrażliwieni. Wokół trwają „Letnie Weekendy”, kręci się mnóstwo ludzi, a do tego te sierpniowe upały… Trochę się martwimy, jak te nasze przyszłe mamy zniosą zmianę otoczenia i ten cały gwar ze sporym dodatkowym ciężarem w brzuchach.
Kołysanka z przeszłości
Zwierzęta zamruczały głośniej, bo Łukasz przyniósł ze sobą pudełko z ich ulubionym przysmakiem – marchewkami. Tomek wziął jedną z nich i wyciągnął rękę w stronę zbliżającej się do niego, najmłodszej nowej mieszkanki – niebieskookiej Bezy. Nagle wesoły gwar rozpoczynających się w południe „Letnich Weekendów” dobiegający od strony pałacu zniknął. Zrobiło się zupełnie cicho. Zapach suchej trawy ustąpił miejsca intensywnej, słodkiej woni kwitnącej lawendy.
Dorota odruchowo rozejrzała się wokół. Przestrzeń parku zafalowała. Nowiutka zagroda dla alpak rozpłynęła się w powietrzu, a w jej miejscu pojawił się rozległy, zacieniony wybieg dla koni z początku XX wieku.
Pod starym rozłożystym dębem – tym samym, który do dziś rzucał cień na alpaki – na trawie siedziała młoda Marysieńka. Jej jasna suknia odcinała się od soczystej zieleni. Na kolanach trzymała głowę nowo narodzonego źrebaka, który nieporadnie próbował stanąć na długich, drżących nogach. Klacz stała tuż obok, spokojnie skubiąc trawę i z pełnym zaufaniem pozwalając dziewczynie na pomoc maluchowi. Dziewczyna z przeszłości pogłaskała źrebaka po aksamitnej szyi. Zwierzę parsknęło cicho i w końcu stanęło o własnych siłach, niezdarnie wtulając się w matkę.
W tym samym momencie Dorota poczuła delikatny chłód. Tuż obok niej, poza wizją, stała dorosła, eteryczna Marysieńka w swojej znanej, błękitnej sukni. Dobry duch pałacu przyglądał się scenie z przeszłości z niezwykłą czułością, po czym powoli przeniósł rozmarzony wzrok prosto na Dorotę.
– Ten park od zawsze chronił nowe życie – usłyszeli w głowach jej uspokajający szept. – Nasza ziemia daje siłę. Są tu całkowicie bezpieczne.
Dobra magia Targoszyna
Zapach lawendy rozszedł się w letnim wietrze, a radosne głosy dzieci biegających po parku znów wypełniły przestrzeń. Wizja prysła, ale w sercu Doroty pozostał głęboki, niczym niezmącony spokój.
Spojrzała na cztery alpaki. Greta i Trufla właśnie podeszły do kosza z sianem, wyciągając miękkie pyszczki w stronę dłoni Tomka, w których na pomarańczowo migotała świeża marchewka.
– Nie martwcie się – powiedziała Dorota z ogromnym przekonaniem, kładąc dłoń na ramieniu Marii. – Nie ma na świecie lepszego miejsca na narodziny. Te mury i te drzewa widziały już niejedno nowe życie. Targoszyn ma w sobie naprawdę dobrą magię.
– Dokładnie! – dodał Tomek, delikatnie głaszcząc błękitnooką Luizę. – Babcia Marysieńka na pewno będzie ich pilnować po nocach.
Maria i Łukasz popatrzyli na siebie z wyraźną ulgą, a potem, w drodze powrotnej do swojego nowego biura, z dumą spojrzeli na pałac. W Targoszynie na nowo rodziło się życie, a nadchodząca jesień miała przynieść najpiękniejsze możliwe niespodzianki.
Cdn.
