
Poszukiwanie zaginionych dzieł sztuki zaczyna się od śladów: fotografii, dokumentów, opisów i historii własności.
Wyobraźcie sobie, że macie przed sobą starą czarno-białą fotografię pałacowego wnętrza. Na ścianie wisi obraz. Nie widać podpisu, kolory oczywiście przepadły razem z fotografią, rama zasłania fragment kompozycji, a sam obraz zajmuje może kilka centymetrów zdjęcia. Nie macie numeru inwentarzowego, nie wiadomo, kto był autorem, kiedy dzieło powstało, dokąd trafiło podczas wojny ani czy w ogóle jeszcze istnieje. Od czego zacząć?
Wbrew temu, co podpowiadają filmy, poszukiwanie zaginionego dzieła rzadko zaczyna się od tajemniczej aukcji i dramatycznego okrzyku: „To przecież nasz obraz!”. Zwykle zaczyna się dużo mniej widowiskowo – od dokumentu, starego katalogu, fotografii, dopisku na odwrocie zdjęcia albo jednego nazwiska znalezionego w archiwum. I dopiero potem zaczyna się prawdziwa praca detektywistyczna.
Najpierw trzeba wiedzieć, czego właściwie szukamy
To brzmi banalnie, ale jest jednym z największych problemów. Żeby odnaleźć dzieło, trzeba je najpierw możliwie dokładnie zidentyfikować, dlatego przydają się wszystkie informacje pozwalające odróżnić je od setek innych prac: autor, tytuł, temat, technika, materiał, wymiary, data powstania, sygnatura, napisy na odwrocie, znaki własnościowe, numery inwentarzowe, charakterystyczne uszkodzenia czy wygląd ramy.
Międzynarodowa Rada Muzeów ICOM stworzyła nawet specjalny standard dokumentowania obiektów nazwany Object ID. Uwzględnia on między innymi typ przedmiotu, materiał i technikę, wymiary, napisy, cechy szczególne, temat, datowanie oraz autora. Do tego dochodzą fotografie i opis. Im dokładniejsza dokumentacja, tym większa szansa, że kiedy obiekt kiedyś wypłynie na rynku albo w cudzej kolekcji, będzie można go rozpoznać.
Problem w tym, że w przypadku dzieł utraconych podczas II wojny światowej takich informacji bardzo często po prostu brakuje. Czasem została tylko stara fotografia, czasem opis w przedwojennym katalogu albo rachunek za zakup obrazu, a czasem zaledwie informacja, że „w salonie wisiał pejzaż”. Wtedy zaczyna się składanie obrazu z kawałków.
Proweniencja, czyli życiorys dzieła
Jednym z najważniejszych pojęć w takich poszukiwaniach jest proweniencja, czyli historia pochodzenia i kolejnych właścicieli obiektu. Badacze próbują ustalić, kto kupił dzieło, gdzie było przechowywane, czy pojawiało się na wystawach, czy zostało sprzedane, odziedziczone, skonfiskowane albo wywiezione.
Sprawdzają więc katalogi aukcyjne, księgi inwentarzowe, archiwa rodzinne, korespondencję, dokumentację muzealną, fotografie wnętrz i różnego rodzaju spisy. Czasem jedno nazwisko zapisane na odwrocie obrazu pozwala otworzyć kolejne drzwi, innym razem pomocą okazuje się numer wystawowy widoczny na starej etykiecie albo charakterystyczna pieczęć kolekcjonera.
To trochę jak genealogia, tylko zamiast ludzi śledzimy obraz. I podobnie jak w genealogii zdarza się, że przez kilka pokoleń wszystko jest jasne, a potem nagle ślad się urywa.
Zdjęcie może być ważniejsze niż kolor
Stare fotografie są w takich poszukiwaniach bezcenne, nawet jeśli są czarno-białe i niezbyt wyraźne. Można porównać kompozycję, układ postaci, charakterystyczny fragment pejzażu, kształt ramy, proporcje dzieła, a czasem nawet niewielkie uszkodzenie płótna albo szczegół znajdujący się w rogu obrazu.
Dlatego fotografia wnętrza wykonana osiemdziesiąt czy sto lat temu może nagle stać się dowodem w całkiem współczesnym postępowaniu. Samo podobieństwo oczywiście nie wystarcza, bo trzeba jeszcze wykazać, że odnaleziony obiekt jest dokładnie tym dziełem, które zaginęło, a nie kopią, repliką albo innym wariantem tej samej kompozycji. I właśnie dlatego odnalezienie „bardzo podobnego obrazu” bywa dopiero początkiem sprawy.
Potem trzeba obserwować, gdzie obraz może wypłynąć
Dawniej badacz był w dużej mierze uzależniony od katalogów drukowanych, kontaktów z muzeami i marszandami oraz własnej znajomości rynku. Dzisiaj ogromną część poszukiwań można prowadzić również cyfrowo. Monitoruje się aukcje, kolekcje muzealne, bazy danych, katalogi zagranicznych instytucji i kolejne zasoby, które z roku na rok trafiają do internetu.
W polskiej bazie strat wojennych znajduje się około 70 tysięcy rekordów, a skalę wojennych strat polskiego dziedzictwa szacuje się na ponad pół miliona dzieł sztuki. Oznacza to tysiące obiektów, które mogą kiedyś pojawić się w domu aukcyjnym, prywatnej kolekcji albo muzealnym magazynie pod błędnym opisem.
Czasami obraz przez dziesiątki lat wisiał w czyimś domu i jego właściciel nie miał pojęcia, skąd naprawdę pochodzi. Czasami zmieniono mu tytuł, nazwisko autora zapisano błędnie albo dzieło pojawia się na aukcji bez żadnej informacji o tym, że przed wojną należało do zupełnie innej kolekcji. Dlatego w tej pracy ogromne znaczenie mają nie tylko muzealnicy i historycy sztuki, ale również kolekcjonerzy, antykwariusze, pracownicy domów aukcyjnych i zwykli ludzie, którzy coś rozpoznają.
Odnaleźć to jeszcze nie odzyskać
Załóżmy jednak, że wydarzyło się coś naprawdę ekscytującego. Obraz, którego ślad urywał się w 1945 roku, nagle pojawia się w katalogu zagranicznego domu aukcyjnego. Czy wystarczy zadzwonić i powiedzieć: „Proszę oddać”? Niestety nie.
Najpierw trzeba zebrać dowody. Badania proweniencyjne mają wykazać historię własności obiektu i jego tożsamość. Potem dochodzą kwestie prawne: kto jest właścicielem, w jaki sposób dzieło opuściło dawną kolekcję, czy zostało zrabowane, skonfiskowane albo nielegalnie wywiezione. Dopiero na tej podstawie mogą rozpocząć się negocjacje albo postępowanie prawne.
Polskie służby restytucyjne współpracują przy takich sprawach między innymi z muzeami, policją, prokuraturą, Interpolem i zagranicznymi organami ścigania. Zdarza się, że cały proces trwa latami, dlatego samo odnalezienie dzieła jest niezwykle ważnym momentem, ale jeszcze nie oznacza jego powrotu.
A czasem ślad urywa się zupełnie
Można znaleźć przedwojenną fotografię, ustalić autora, odtworzyć historię kolekcji, a czasem nawet dowiedzieć się, kto zabrał obraz podczas wojny. I mimo wszystko na którymś etapie ślad znika.
Tak stało się z wieloma dziełami, które nadal figurują jako poszukiwane. Wiadomo, gdzie znajdowały się przed wojną, czasami znamy część ich wojennych losów, ale później przestają pojawiać się w dokumentach. Wtedy trzeba zaakceptować coś, czego nie lubi chyba żaden poszukiwacz – odpowiedź brzmi po prostu „nie wiadomo”.
Przynajmniej na razie. Rynek sztuki ciągle się zmienia, kolekcje są dziedziczone i sprzedawane, archiwa digitalizowane, a do internetu trafiają kolejne katalogi. Po kilkudziesięciu latach ktoś otwiera strych, porządkuje rodzinne dokumenty albo wystawia na sprzedaż obraz, który wisiał w domu od czasów dziadków. I nagle pojawia się nowy ślad.
Po co więc tworzyć kopię czegoś, czego nadal szukamy?
To pytanie jest dla nas w Targoszynie szczególnie ważne. W Instytucie Dzieł Utraconych i powstającej Galerii Dzieł Utraconych pracujemy między innymi nad kopiami obrazów, które zniknęły podczas wojny. Współpracujemy przy tym głównie ze świdnickim artystą Robertem Kuklą.
Naszym celem nie jest udawanie, że oryginały wróciły. Kopia ma przypominać o dziele, którego nie ma, i pozwolić odbiorcy zobaczyć choćby jego kompozycję, temat czy skalę. Może sprawić, że utracony obraz przestanie być tylko tytułem zapisanym w archiwum i znowu stanie się czymś, na co można spojrzeć i o czym można opowiedzieć. Kopia nie kończy więc poszukiwań i nie zastępuje oryginału. Może za to zwiększyć szansę, że ktoś kiedyś spojrzy na nią i pomyśli: „Chwileczkę, ja już gdzieś widziałem taki obraz”.
Poszukiwanie dzieła to przede wszystkim zadawanie pytań
Gdzie było ostatni raz? Kto je wtedy posiadał? Czy istnieje fotografia? Czy znamy wymiary i technikę? Czy dzieło było sygnowane? Czy pojawiało się wcześniej na wystawach albo aukcjach? Czy na odwrocie znajdowały się nalepki, numery albo pieczęcie? Czy podobny obiekt pojawił się gdzieś po wojnie? A na końcu pozostaje najważniejsze pytanie: czy wszystko, co udało się znaleźć, rzeczywiście dotyczy tego samego dzieła?
To właśnie dlatego poszukiwanie obrazu zaginionego osiemdziesiąt lat temu bardziej przypomina pracę bardzo cierpliwego archiwisty niż filmowego łowcy skarbów. Trzeba przeglądać dokumenty, porównywać fotografie, sprawdzać nazwiska, wracać do tych samych tropów i bardzo uważać, żeby własnego przypuszczenia nie zamienić po drodze w fakt.
Jest jednak w tej pracy coś niezwykle kuszącego, bo gdzieś na świecie obraz uznawany od osiemdziesięciu lat za zaginiony może nadal istnieć. Może wisieć na czyjejś ścianie, stać w muzealnym magazynie, czekać na następną aukcję albo być schowany w miejscu, do którego nikt od wielu lat nie zajrzał.
Czasami wystarczy jeden stary dokument, jedna fotografia albo jedno naprawdę uważne spojrzenie, żeby historia ruszyła dalej.
Wasza
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽
