
Obserwuję Wasz świat z perspektywy stuleci i z każdym dziesięcioleciem coraz trudniej mnie zaskoczyć. Pamiętam czasy, gdy malarze w pałacowych komnatach całymi dniami ucierali w moździerzach rzadkie minerały, by uzyskać na płótnie choćby skrawek idealnego, wibrującego błękitu. Dzisiaj widzę, jak maszyny ukryte na potężnych serwerach potrafią w ułamku sekundy wygenerować zbiór pikseli do złudzenia przypominający dzieła starych mistrzów. Sztuczna inteligencja pisze wiersze, komponuje symfonie i maluje barokowe pejzaże, których nikt nigdy nie widział. Dlaczego więc w Instytucie Dzieł Utraconych idziemy na skróty? Dlaczego nie prosimy komputera o błyskawiczne „wydrukowanie” nam zaginionych podczas II wojny światowej obrazów, lecz uparcie wręczamy prawdziwe pędzle lokalnym artystom?
Odpowiedź na to pytanie wykracza daleko poza samą miłość do tradycji. Kryje się w fascynujących meandrach neurobiologii i zjawisku, które w kognitywistyce określa się mianem Paradoksu Moraveca.
Ewolucyjna pułapka, czyli co naprawdę jest trudne?
Kiedy w latach 80. XX wieku ojcowie robotyki i sztucznej inteligencji – tacy jak Hans Moravec, Rodney Brooks czy Marvin Minsky – próbowali stworzyć myślące maszyny, zderzyli się z potężnym i bardzo nieintuicyjnym murem. Odkryli, że to, co dla ludzkiego mózgu stanowi intelektualny szczyt (jak rozwiązywanie skomplikowanych równań matematycznych czy analizowanie gigantycznych baz danych), wymaga od komputera zaledwie ułamka jego mocy obliczeniowej. Z kolei to, co nam, ludziom, przychodzi bez najmniejszego wysiłku – jak ocena odległości, rozpoznanie faktury materiału pod palcami czy płynne pociągnięcie pędzlem po chropowatym płótnie – dla maszyny jest barierą niemal nie do pokonania[i].
Moravec wyjaśnił ten paradoks przez pryzmat ewolucji. Zauważył, że zdolności analityczne, logika i abstrakcyjne myślenie to w historii naszego gatunku bardzo „świeże” nabytki – mają zaledwie kilkadziesiąt tysięcy lat, więc nie zdążyliśmy ich jeszcze zoptymalizować. Dlatego rozwiązując test z matematyki, czujemy zmęczenie.
Natomiast nasze zdolności motoryczne i zmysłowe – widzenie przestrzenne, koordynacja oka i dłoni, ocena nacisku – były przez naturę rzeźbione i udoskonalane przez setki milionów lat. Stały się tak perfekcyjne, że działają głęboko w naszej podświadomości. Skonstruowanie algorytmu, który wygeneruje na ekranie cyfrowy obraz, jest w gruncie rzeczy prostą statystyką. Jednak stworzenie systemu, który poczuje opór gęstej farby olejnej na włosiu pędzla, jest z punktu widzenia fizyki i programowania niewyobrażalnie trudne.
Neuroestetyka i poszukiwanie ludzkiego błędu
Paradoks Moraveca idealnie tłumaczy mechanikę tworzenia, ale co dzieje się w naszych głowach, gdy na taką sztukę patrzymy? Tutaj z kolei do głosu dochodzi neuroestetyka. Naukowcy udowodnili, że w kontakcie z dziełem sztuki w ludzkim mózgu aktywują się tak zwane neurony lustrzane. Oznacza to, że patrząc na obraz, nasz układ nerwowy podświadomie symuluje i odtwarza ruch dłoni artysty. Mózg analizuje kierunek pociągnięcia pędzla, siłę nacisku, a nawet to, gdzie malarz się zawahał i nałożył grubszą warstwę farby (tzw. impast).
Sztuczna inteligencja tworzy obrazy doskonałe, pozbawione tego fizycznego zmagania się z materią. I właśnie w tej perfekcji tkwi jej największa słabość. Badania z zakresu psychologii poznawczej udowadniają, że jako ludzie wykazujemy głębokie, wręcz biologiczne uprzedzenie do sztuki generowanej przez algorytmy.
Kiedy dowiadujemy się, że perfekcyjny portret stworzyła maszyna, jego wartość emocjonalna w naszych oczach drastycznie spada. Dzieje się tak, ponieważ nasz umysł nie szuka w obrazie tylko ładnego widoczku. Szukamy w nim intencji, wysiłku i – co najważniejsze – ludzkiej omylności, z którą możemy się utożsamić[ii].
Przywracanie duszy w Targoszynie
To niezwykle ugruntowane naukowo zjawisko nadaje zupełnie nowy sens pracy, jaką wykonujemy każdego dnia. Dzieła sztuki rabowane i niszczone w czasie wojen nie traciły tylko swoich fizycznych form, ale też cały ten ładunek emocjonalny, który w nie wkładano. Zostały z nich jedynie szare, dwuwymiarowe skany w powojennych katalogach rewindykacyjnych.
Sztuczna inteligencja mogłaby perfekcyjnie pokolorować te skany i wyliczyć, jak padało na nich światło. Jednak odtworzenie ich za pomocą bezdusznego generatora byłoby jak rozmowa z automatyczną sekretarką w momencie, gdy potrzebujemy przyjaciela.
Kopia obrazu, która ma zawisnąć w naszej nowej Galerii Dzieł Utraconych, musi odzyskać swój ciężar gatunkowy. Kiedy Robert Kukla, świdnicki artysta współpracujący z naszą fundacją, pochyla się nad płótnem, analizuje historyczne referencje i fizycznie walczy z materią farby, dokonuje aktu empatii. Odtwarza nie tylko wygląd obrazu, ale i jego duszę. Wnosi do niego swój czas, swoje zmęczenie i drobne, bezcenne niedoskonałości, których nigdy nie wygeneruje żaden kod.
Wasza
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽
PS A ilustracją do tego tekstu jest zdjęcie odtworzonego w ramach naszego Instytutu Dzieł Utraconych „Stańczyka” Stanisława Zawadzkiego (1878-1960).
[i] Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Paradoks_Moraveca
[ii] Źródło: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC10319694/
