
Myślicie, Kochani, że zabytki to tylko skrzypiące podłogi, muzealne kapcie i groźne tabliczki z napisem „nie dotykać”? Nic bardziej mylnego! Przez stulecia wspaniałe, monumentalne pałace (w tym mój ukochany Targoszyn) były niczym oblężone twierdze – dumne, ale i niedostępne dla tak zwanych „zwykłych śmiertelników”. Wiele z nich po wojnach i zmianach ustrojowych pozostało opuszczonych, stając się jedynie milczącymi, zamkniętymi na cztery spusty pomnikami historii. Na całe szczęście, świat od jakiegoś czasu podąża w zupełnie innym kierunku! Cieszę się ogromnie, że nastał fantastyczny, nowy trend: ratowanie zabytków poprzez ożywianie starych murów ludzkim śmiechem.
Ratowanie zabytków w angielskim stylu
Ten pozytywny przewrót zawdzięczamy między innymi Wielkiej Brytanii i ich niesamowitej, potężnej organizacji National Trust, która działa już od ponad 125 lat. Zamiast zamykać stare posiadłości w szklanej, nudnej gablocie, Brytyjczycy wpadli na rewelacyjny pomysł na ratowanie zabytków: wpuśćmy do nich ludzi! Zrozumieli, że zamek czy wielki dwór to nie może być pusta wydmuszka.
Dziś, spacerując po brytyjskich włościach, które chroni ta organizacja, zjecie pyszne ciasto w otwartej w dawnej powozowni kawiarni, zorganizujecie piknik na trawie, na której kiedyś stąpali hrabiowie, albo weźmiecie udział w ciekawych, weekendowych warsztatach. Zabytek, otwierając w ten sposób swoje wrota, powraca do swojej naturalnej roli – staje się użytecznym elementem lokalnej, pulsującej życiem społeczności.
Budynek żyje tylko wtedy, gdy są w nim ludzie
Zarówno National Trust, jak i nasza dzisiejsza nauka o ochronie dziedzictwa pokazują, że stary, budynek pozbawiony ludzi powoli umiera. Zamek bez uśmiechów dzieci, ciepłych dłoni czy gwaru z czasem traci swoją dobrą energię. Ale brakuje mu też tego, co przyziemne, czyli po prostu funduszy na ogrzewanie, wymianę rynny czy naprawę dachu. Oj, ten temat to my dobrze znamy…
Dlatego kiedy jednak zaglądacie do naszego Targoszyna na herbatę, kawę czy letni piknik w cieniu parkowych drzew, nie tylko odpoczywacie psychicznie, ale też w sposób najbardziej bezpośredni wspieracie ratowanie zabytków. Pieniądze, które wydajecie na bilet-cegiełkę lub chociażby kawałek ciasta z kawiarni, wrócą w postaci cementu czy nowych desek. Albo opłat za energię (w końcu to miejsce też trzeba nocą oświetlać!) To najwspanialsza pomoc, o jakiej każdy stary budynek mógłby tylko marzyć!
Nasz targoszyński kawałek Anglii
Właśnie na takim podejściu oparliśmy nasze wielkie marzenie tutaj, na Dolnym Śląsku. Fundacja Marysieńka wdraża te wspaniałe wzorce u siebie! Dlatego w Targoszynie nie powstaje kolejne „zakurzone muzeum”, lecz ożywiony Ośrodek Terapii Hipokrates. Dokładnie w tym samym duchu remontujemy nasz dawny, zapomniany folwark, aby otworzyć w nim klimatyczną restaurację dla Was wszystkich, w której znajdą się jasna Sala Marysieńki oraz przesiąknięta tajemnicą Sala Czerwonego Barona. W pałacowym parku już odbywają się pikniki i zajęcia z naszymi wielkookimi alpakami. To wszystko po dlatego, że pragniemy, byście – jak to mówią Anglicy – po prostu wpadali tu zrelaksować się i odpocząć w cieniu pięknej historii. Chcemy, żebyście na naszych włościach czuli się jak w swoim własnym, bezpiecznym domu.
Jakie jest Wasze ulubione wspomnienie z wizyty w starym pałacu lub zamku, Moi Drodzy? Wolicie zwiedzać dawne komnaty w skupieniu i absolutnej, pełnej szacunku ciszy, czy raczej wypić mrożoną herbatę w gwarnej zamkowej kawiarni? Czekam na Wasze głosy!
Wasza,
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽
