
Kiedy myślimy o historii Targoszyna, przed oczami stają nam zazwyczaj pruscy baronowie, eleganckie powozy i wielka architektura pałacowa. Tymczasem nasze archiwa kryją tajemnice, które potrafią wprawić w zdumienie nawet tak doświadczonego ducha jak ja. Okazuje się, że w historii naszej wsi zapisali się nie tylko von Richthofenowie, ale również pewna awangardowa, pierzasta arystokracja.
Przemierzając niedawno dawne zabudowania gospodarcze, natrafiłam w archiwach na intrygujące notatki z okresu Państwowych Gospodarstw Rolnych. Suche liczby w tabelach eksportowych niewiele jednak mówiły o tym, co naprawdę działo się za murami folwarku. Postanowiłam więc wykorzystać mój duchowy przywilej podróżowania w czasie. Zrobiłam głęboki wdech, zamknęłam oczy i przeskoczyłam o kilkadziesiąt lat wstecz.
Znalazłam się nagle na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Zamiast dworskiej ciszy, powitał mnie ogłuszający gulgot i widok setek potężnych, śnieżnobiałych ptaków. To właśnie u nas zlokalizowano jedyną w swoim rodzaju, doświadczalną hodowlę niezwykle rzadkiej rasy indyków. Pracownicy uwijali się wokół nich z taką pieczołowitością, jakby opiekowali się klejnotami koronnymi, a całe przedsięwzięcie miało wręcz strategiczne znaczenie.
Aby zrozumieć fenomen tej hodowli, musimy przyjrzeć się realiom ówczesnej gospodarki. W czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nasza krajowa waluta – złotówka – była „niewymienialna”, co oznaczało, że na Zachodzie nie miała żadnej wartości. Komunistyczne państwo nie mogło za nią kupić nowoczesnych maszyn, zachodnich technologii czy ważnych leków. Rozwiązaniem było pozyskiwanie „twardej waluty”, czyli na przykład amerykańskich dolarów, które powszechnie nazywano dewizami.
Aby zdobyć upragnione dewizy, Polska musiała sprzedawać na Zachód swoje najlepsze towary. Nasze białe indyki z Targoszyna idealnie wpisywały się w ten plan, stając się luksusowym hitem eksportowym. Żaden z tych wspaniałych ptaków nie lądował na stołach okolicznych mieszkańców ani w lokalnych sklepach mięsnych. Cała hodowla w stu procentach wyjeżdżała za żelazną kurtynę, stając się cennym źródłem finansowania dla ówczesnego budżetu państwa.
Kiedy wróciłam do naszej współczesności, po białej armii nie było już oczywiście śladu. Zrozumiałam jednak, dlaczego starsi mieszkańcy z takim sentymentem wspominają tamte lata i tętniące życiem przedsiębiorstwo rolne. Dziś w Targoszynie planujemy powrót do tradycji zwierzęcych, ale w zupełnie innej formie. W naszym nowym Ośrodku Hipokrates pojawią się konie oraz alpaki, które będą pełnić funkcję terapeutyczną, i z całą pewnością nigdzie ich nie wyeksportujemy!
Wasza
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽