
W poprzednim odcinku: Wiosenny spacer dawnym traktem Saarweg doprowadził Dorotę i Tomka do wyschniętego koryta dawnego potoku. Tam, dzięki wizji Marysieńki, odkryli ułożony z siedmiu białych kamieni cichy pomnik, upamiętniający legendę o „Siedmiu Duszach” zaginionych wieki temu w mrocznym Lesie Żar.
Nowe serce fundacji
Majowe słońce przyjemnie nagrzewało grube mury zabudowań folwarcznych w Targoszynie. W powietrzu, zamiast typowej dla tego miejsca melancholijnej ciszy, unosił się zapach świeżego drewna, wapna i zaprawy. Trwała intensywna rewitalizacja pałacowego folwarku, w którym docelowo mają powstać tętniąca życiem restauracja oraz pensjonat dla gości.
Maria i Łukasz z wypiekami na twarzach krążyli między robotnikami. Powoli szykowali się do wielkiej przeprowadzki, by przenieść biuro Fundacji Marysieńka właśnie do tych odnowionych wnętrz. Dorota i Tomek przyszli w odwiedziny, by z bliska podglądać postępy prac, które z tygodnia na tydzień zmieniały oblicze historycznych budynków.
– Nie jest za duże to nasze biuro, ale dla nas wystarczy – tłumaczył z dumą Łukasz, otwierając drzwi do niewielkiej sali na wysokim parterze, w której odsłonięto i oczyszczono piękne, ceglane ściany. – Mamy też łazienkę z prysznicem!
– Jak padniemy pisząc po nocach wnioski o dotacje, to będzie się gdzie rano odświeżyć – dodała ze śmiechem Maria.
Znalezisko spod sufitu
Tomek, jak zwykle szukając okazji do własnych odkryć, zadzierał głowę, wpatrując się w potężne, odsłonięte belki sufitowe. Stare drewno pękało z upływem lat, tworząc głębokie, ciemne szczeliny.
W pewnym momencie jeden z robotników uderzył ciężkim młotem w ścianę na piętrze. Z sufitu posypał się szary pył, a z jednej z najszerszych belek, wprost pod nogi Tomka, opadła pożółkła, poskładana w małą kostkę kartka papieru.
Chłopiec pochylił się, by ją podnieść, ale zanim jego palce dotknęły szorstkiego papieru, otoczenie gwałtownie zawirowało. W nozdrza Doroty uderzył tak dobrze jej znany, intensywny zapach lawendy. Odgłosy wiertarek i stukania zniknęły, a surowe mury folwarku nagle wypełniły się zapachem siana i starych skórzanych siodeł.
Lotnicze marzenia i jeden uśmiech
Znaleźli się w tym samym pomieszczeniu, ale ponad sto lat wcześniej. Na prowizorycznym siedzisku z desek siedział młody, niezwykle skupiony chłopak o jasnych włosach. To był Manfred von Richthofen. Obok niego, z naręczem świeżej lawendy w dłoniach, przykucnęła roześmiana, młodziutka Marysieńka.
Manfred z niezwykłym błyskiem w oku kreślił na kartce szkic przypominający maszynę latającą – dziwny, wczesny aeroplan z podwójnymi skrzydłami. Z wielką pasją tłumaczył coś dziewczynie, mocno gestykulując. Marysieńka, wyraźnie zarażona jego entuzjazmem, wyrwała mu nagle ołówek z dłoni i w samym rogu skomplikowanego, inżynieryjnego rysunku naszkicowała zabawną, okrągłą twarz z wielkimi oczami i zawadiackim uśmiechem.
Nagle z podwórza dobiegł ich głośny okrzyk. Ktoś najwyraźniej ich szukał. Manfred i Maria spojrzeli na siebie w panice, po czym wybuchnęli szczerym, cichym śmiechem. Chłopak błyskawicznie zwinął szkic i wcisnął go głęboko w naturalne pęknięcie grubego filaru podtrzymującego strop. Chwilę później wybiegli z folwarku ukrytymi, bocznymi drzwiami i pobiegli na pobliskie pola.
Dwie sale, jedna historia
Zapach lawendy rozpłynął się w powietrzu, a głośny huk wiertarki przywrócił Dorotę i Tomka do rzeczywistości. Chłopiec ostrożnie podniósł kartkę z podłogi i rozłożył ją z niemal nabożną czcią.
– Mamo, patrz! – szepnął, a jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia.
Na starym papierze widniał wyblakły, ale wciąż bardzo wyraźny szkic dwupłatowca. A w prawym, dolnym rogu uśmiechała się do nich narysowana naprędce buzia.
Dorota natychmiast zawołała Marię i Łukasza. Opowiedziała im o znalezisku i o tym, czego przed momentem byli z Tomkiem świadkami. Maria delikatnie przesunęła palcem po kruchym papierze, nie kryjąc wzruszenia.
– Skoro ten budynek był świadkiem ich potajemnych spotkań, nie możemy tego tak po prostu zignorować – powiedziała z namysłem, spoglądając na ogromną przestrzeń przyszłej restauracji.
– Mam pomysł – dodał Łukasz, uśmiechając się szeroko, gestem zapraszając wszystkich na folwarczny dziedziniec. – Mam pomysł, jak zaaranżować naszą Salę Marysieńki i Salę Czerwonego Barona – powiedział pokazując ręką w kierunku budynku stosującego w centralnej części. – W pierwszej stworzymy ciepłą, jasną przestrzeń pełną kwiatów i dobrej energii.
– A drugą? – zapytał Tomek z nadzieją w głosie.
– A w drugiej zostawimy surowe cegły, użyjemy ciemniejszego drewna, dodamy mosiężne i lotnicze detale – dokończyła Maria. – A ten niezwykły szkic, po odpowiednim zabezpieczeniu, zawiśnie w ramie dokładnie pośrodku tej sali.
Dorota uśmiechnęła się pod nosem, czując delikatny powiew chłodnego powietrza na karku. Stali na zewnątrz patrząc na wielkie, szklane drzwi prowadzące do obu restauracyjnych sal. W kącie niewykończonej jeszcze sali po lewej stronie Dorocie mignął znajomy rąbek błękitnej sukni. Marysieńka zdecydowanie aprobowała ten pomysł…
Cdn.
