
W poprzednim odcinku: Marcowe roztopy uwięziły kalosz Tomka w głębokim błocie na obrzeżach parku. Z pomocą ducha Marysieńki chłopiec odkrył, że przerażająca legenda o „jęczącym duchu furmana” to w rzeczywistości historia o bardzo złych średniowiecznych drogach. Po powrocie z przeszłości Tomek wyciągnął z błota cenne znalezisko – masywną, zardzewiałą podkowę.
Kwiecień w Targoszynie zawsze miał w sobie coś z magii. Po długich, błotnistych roztopach ziemia nagle buchnęła zielenią. Powietrze pachniało wilgotną glebą i pierwszymi pąkami, a słońce przyjemnie grzało w plecy.
Tomek wciąż był niesamowicie dumny ze swojej zardzewiałej podkowy, którą po oczyszczeniu dumnie postawił na półce w pokoju. To znalezisko sprawiło, że podczas każdego kolejnego spaceru o wiele uważniej patrzył pod nogi, licząc na kolejne skarby. Tego popołudnia Dorota i Tomek wybrali się na przechadzkę wschodnimi obrzeżami wsi. Szli dawnym traktem, który w starych niemieckich dokumentach nazywano Saarweg – Drogą do Lasu Żar. Kiedyś prowadził do potężnego, prastarego boru, dziś wił się spokojnie między rozległymi, jasnymi polami, kierując się w stronę Goczałkowa.
– Mamo, patrz! – zawołał nagle chłopiec, zbiegając z piaszczystej drogi w stronę niewielkiego zagajnika.
Dorota podążyła za nim. Pomiędzy polami ciągnął się stary, trawiasty rów melioracyjny, w którym po wiosennych roztopach zostało tylko trochę wilgotnej ziemi. Dorota wiedziała z dawnych map, że setki lat temu płynął tędy Molkengraben – potok, który łączył swoje wody z nieistniejącą już dziś także Osiną.
Tomek kucnął na skarpie, wpatrując się w dno wyschniętego koryta z błyskiem w oku. Kolejny skarb?
– Ktoś tu ułożył koronę – szepnął z fascynacją.
Rzeczywiście, w wilgotnej trawie i ziemi leżało dokładnie siedem nienaturalnie białych, idealnie gładkich kamieni. Odcinały się wyraźnie od ciemnego podłoża. Były ułożone w równy okrąg. Chłopiec podwinął rękaw kurtki i wyciągnął rękę, by podnieść najładniejszy z nich.
W ułamku sekundy wiosenny ptasi śpiew ucichł jak ucięty nożem. Zanim chłopiec zdążył dotknąć znaleziska, otoczenie zawirowało, a ziemia pod jego stopami nagle zrobiła się grząska. Jasne, wiosenne pola zniknęły, a Dorota i jej syn stali nagle w sercu gęstego, mrocznego boru. Pnie potężnych dębów zasłaniały niebo. Zamiast wyschniętego rowu, u ich stóp płynęła mętna, lodowata woda dawnego potoku Molkengraben. Las Żar w czasach swojej największej potęgi budził trwogę. Wokół panowała nienaturalna, ciężka cisza.
Na przeciwległym brzegu rwącego strumienia wyłoniła się Marysieńka. Jej błękitna suknia wydawała się dziś nieco poszarzała, jakby utkana z porannej mgły. Duch nie uśmiechał się. Marysieńka położyła palec na ustach w swoim znaku ciszy i przecząco pokiwała głową. Nie ruszaj ich.
Wyglądała, jakby nosiła w sobie ogromny smutek. W dłoniach trzymała białe otoczaki. Z dostojeństwem weszła do lodowatej wody i wypuściła pierwszy kamień z dłoni. Rozległ się głuchy plusk. Potem upuściła drugi. I trzeci. Z każdym wpadającym do wody kamykiem mętny strumień wydawał się odzyskiwać blask, jakby zmywano z tego miejsca coś złego. Gdy siódmy kamień opadł na dno zamykając krąg, Marysieńka złożyła dłonie i spojrzała w mrok lasu. Wiatr przyniósł do nich jej cichy szept:
– Sieben Seelen…
Wizja prysła jak bańka mydlana. Tomek zamrugał, wciąż trzymając rękę zawieszoną tuż nad ziemią. Las znów był tylko małym zagajnikiem, a woda zniknęła bez śladu. Z dna wyschniętego koryta w nienaruszonym szyku patrzyło na nich siedem białych kamyków.
Chłopiec powoli cofnął dłoń i wsunął ją do kieszeni, zapominając o chęci powiększenia swojej kolekcji skarbów.
– Mamo… co ona powiedziała? – zapytał cicho.
– Sieben Seelen. To po niemiecku „Siedem dusz” – wyjaśniła łagodnie Dorota. – Widzisz, Tomku, setki lat temu ten krajobraz wyglądał zupełnie inaczej. Nie było tu bezpiecznych dróg, a w tym suchym rowie płynął prawdziwy strumień. Kupcy, którzy przewozili tędy swoje towary, czasem nie wracali do domów, bo dzikie lasy kryły wiele niebezpieczeństw. Legenda głosi, że w tym miejscu, dawno temu, zaginęło siedmiu z nich. Nikt nie pamiętał ich imion. Dlatego dawni mieszkańcy tych ziem, a w naszej wizji Marysieńka, ułożyli tu siedem białych kamieni, żeby nikt o nich nie zapomniał. To taki stary pomnik. A pomników się nie niszczy.
Tomek pokiwał poważnie głową.
Wieczorem, gdy Tomek spał już w swoim pokoju, Dorota siedziała w pracowni oświetlonej jedynie żółtym światłem lampki. Przed nią leżał otwarty konspekt monografii historycznej Targoszyna, autorstwa Andrzeja Wojciecha Przytuleckiego.
Dla syna zostawiła bezpieczną, baśniową wersję o „zaginionych” w lesie kupcach. Jednak stare niemieckie kroniki i topografia regionu były znacznie bardziej dosłowne. Die Siebenseelen – „Siedem Dusz”. Ta nazwa, przypisana do konkretnego pola uprawnego i strumienia przy dawnym Lesie Żar, nie wzięła się znikąd. Zgodnie z historycznymi zapiskami z monografii, to właśnie tutaj przed wiekami rozbójnicy z zimną krwią zamordowali siedmiu wędrownych kupców.
Dorota wyobraziła sobie, jak niebezpieczne musiało być życie na dawnym Dolnym Śląsku, zanim wsie i majątki ziemskie dały złudzenie bezpieczeństwa. Historyk wspominał o rycerzach-rabusiach, takich jak Konrad Świnka czy Reinhold von Ziegenberg, którzy w średniowieczu sami stanowili bezwzględne prawo, terroryzując okoliczną ludność i kupieckie karawany. Odetchnęła głęboko i zamknęła monografię. Pamięć o tamtych wydarzeniach okazała się trwalsza niż rozbójniczy miecz – ukształtowała lokalną nazwę, która przez setki lat przypominała o tragedii w głębi dawnego lasu.
(Cdn.)