
W poprzednim odcinku: Lutowe mrozy poprowadziły Dorotę i Tomka śladem tajemniczego „Instrumentum”. Dzięki wizji Marysieńki z czasów I wojny światowej odkryli, że w zapiskach nie chodziło o instrument muzyczny, lecz o ukryte serce zarekwirowanego na zbrojenia dzwonu kościelnego. Żeliwny artefakt wykopany z ruin lodowni odzyskał swój głos. Kiedyś zajmie honorowe miejsce w pałacowym Pokoju Ciszy.
Początek marca w Targoszynie pachniał mokrą ziemią. Po lutowych mrozach przyszły gwałtowne roztopy, które zamieniły obrzeża parku i pobocza głównej drogi w wielką, miękką gąbkę.
Dorota i Tomek szli ostrożnie wzdłuż ogrodzenia. Każdy krok kończył się głośnym mlaskiem zasysanej gumy.
– Spoko mamo, moje kalosze mają bieżnik jak traktor! Przejadę wszędzie! – zawołał entuzjastycznie Tomek.
Chwilę później utknął na dobre. Zrobił krok, ale jego but został w lepkiej glinie. Próbując go wyrwać, chłopiec zaczął machać rękami i wydawać z siebie dramatyczne dźwięki. Błoto głośno zachlupotało: szluuup… huuuaa…
Dorota zaśmiała się, podając mu rękę.
– Uważaj, bo dołączysz do tutejszej legendy – powiedziała, ciągnąc go za ramię. – W średniowieczu ta główna droga była tak potwornie błotnista, że wozy grzęzły tu po same osie. Czytałam w starej monografii Targoszyna, że podobno pewien furman utopił się w tym błocie!
Tomek otworzył szeroko oczy.
– Człowiek utopił się w błocie na drodze?! – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak mówili mieszkańcy – skinęła głową Dorota. – Podobno w takie roztopy jak dziś, można było usłyszeć z ziemi jęki jego ducha: „Pomóżcie miiiii!”.
Tomek natychmiast spojrzał pod nogi.
– Mamo… a myślisz, że on tu jeszcze jest? Bo przed chwilą coś mnie mocno pociągnęło za lewą nogę!
Nagle wiatr ustał. Typowy zapach wiosennej wilgoci zniknął, a w nozdrza Doroty uderzył ostry zapach dymu z ognisk, mokrego drewna i końskiego potu. I lawendy…
Pomiędzy nagimi drzewami zawirowała mgła. Marysieńka stała kilkanaście kroków od nich. Nie uśmiechała się, ale w jej oczach błyszczały wesołe iskierki. Położyła palec na ustach, a potem wskazała na starą, główną drogę.
Świat zafalował.
Targoszyn nie miał już asfaltu. Droga była po prostu wielkim, zrytym pasem czarnej i brązowej mazi. Widzieli, jak przez wieś jedzie ciężki, drewniany wóz zaprzężony w dwa konie. Powoził nim mężczyzna w śmiesznej, średniowiecznej czapie przypominającej worek.
Nagle koła wozu wpadły w potężną koleinę. Konie zarżały, wóz przechylił się na bok, a błoto dosłownie pochłonęło osie.
Furman wpadł w panikę. Zaczął biegać dookoła wozu, krzycząc wniebogłosy na całą wieś:
– Pomóżcie miiiii! Ratunku! Mój wóz! Pomóżcie miiiii!
Mężczyzna ani trochę nie tonął. Błoto sięgało mu ledwie do kolan. Odpiął konie, żeby ich nie uwięziło, a sam próbował ratować skrzynie z towarami, potykając się i wpadając twarzą w brudną kałużę. Ubrudzony od stóp do głów wyglądał jak błotny potwór, cały czas zawodząc i dramatyzując.
Kiedy w końcu udało mu się wyciągnąć ze skrzyni ciężki, skórzany mieszek (pewnie z monetami), wóz z głośnym trzaskiem osiadł na dobre w bagnie. W tym zamieszaniu furmanowi wypadł z rąk mały, żelazny przedmiot i utonął w mazi.
Mężczyzna ruszył z końmi do wsi, wciąż narzekając i jęcząc, zostawiając wóz na pastwę drogi.
Wizja zniknęła. Tomek stał z otwartą buzią, po czym nagle zaczął chichotać.
– Mamo! On wcale nie utonął! – chłopiec pękał ze śmiechu. – On był po prostu strasznym panikarzem! Wołał o pomoc, bo utknął mu wóz, a ludzie pewnie dorobili do tego całą straszną historię o duchu!
Dorota również się uśmiechnęła.
– Tak to właśnie bywa z legendami, Tomku. Przez setki lat ludzie powtarzali tę opowieść, aż ze zwykłego wypadku na drodze zrobiła się historia o duchu. To głośne chlupotanie błota przypominało im jego krzyki.
– Ale jemu coś upadło! Widziałaś? – Tomek natychmiast przypomniał sobie o skarbie.
Wyciągnął z kieszeni patyk i zaczął ostrożnie dłubać w błotnistej skarpie dokładnie tam, gdzie przed wiekami ugrzązł pechowy wóz. Ziemia wciąż była tu miękka i plastyczna po zimie.
Po kilku minutach patyk zazgrzytał. Tomek włożył rękawiczkę, wsunął dłoń w błoto i wyciągnął czarny, ciężki przedmiot.
Dorota wytarła go chusteczką. Była to stara, masywna, ręcznie kuta podkowa – o zupełnie innym, bardziej kanciastym kształcie niż te dzisiejsze.
Tomek podniósł ją dumnie do góry, jak puchar.
– Znalazłem dowód! – ogłosił. – Żadnych duchów, mamo. Tylko bardzo złe drogi i jeden pechowy koń.
Spojrzeli w stronę parku. Marysieńka, uśmiechając się szeroko, znikała właśnie w pałacu. Chłopiec pomachał jej ręką. Prawdziwa historia Targoszyna okazała się o wiele zabawniejsza niż najstraszniejsze bajki.