
W poprzednim odcinku: Dorota i Tomek podążali śladem tajemniczej Denkweg – Drogi Rozmyślań, która prowadziła ich przez park aż do zapomnianej furty w murze. Odkryli, że droga ta nie kończy się na granicach posiadłości, ale symbolicznie prowadzi „do ludzi”, ku wolności. Finał poszukiwań przywiódł ich do starej, brukowanej ścieżki, która urywała się nagle, pozostawiając po sobie jedynie pytania i… dziwny, niedokończony rysunek w dzienniku przewozów z inicjałami A.M., który Tomek skojarzył z instrumentem.
Początek luty w Targoszynie w tym roku nie żartuje. Po tygodniach łagodnej zimy, mróz uderzył nagle i z taką siłą, że ziemia w pałacowym parku zamieniła się w kamień. Nawet stare dęby wydawały się kurczyć z zimna, a ich gałęzie strzelały w nocy jak karabinowe wystrzały.
Dorota naciągnęła szalik wyżej, aż pod sam nos. Razem z Tomkiem szli w stronę stodoły, której wielka bryła majaczyła we mgle. Mimo mrozu, musieli sprawdzić, czy ostatnie wichury nie uszkodziły dachu. Wewnątrz panowała cisza – inna niż ta, którą znała z „pokoju ciszy” Marianny Neubauer. Ta była ostra, metaliczna.
– Mamo, słyszysz? – Tomek zatrzymał się w połowie kroków.
– Co takiego? – Dorota rozejrzała się, ale widziała tylko oszronione mury.
– Wszystko brzmi inaczej. Jakby… jakby świat był ze szkła. Albo z żelaza – chłopiec kopnął grudkę ziemi. Zadudniła głucho, nienaturalnie głośno.
Dorota uśmiechnęła się pod nosem. Tomek miał rację. Mróz zmieniał akustykę. Dźwięki niosły się daleko, były czyste, ale i surowe. Przypomniała sobie wpis z Dziennika Przewozów, który znaleźli jesienią. Tajemnicze Instrumentum. Inicjały A.M. I rysunek Tomka – coś, co przypominało lirę, ale też dziwnie wygięte skrzydło.
– Instrument, który gra bez dźwięku… – mruknęła do siebie.
Nagle powietrze wokół nich zgęstniało. Ostry, mroźny wiatr ustał w jednej sekundzie, a w nozdrza Doroty uderzył zapach, który znała aż za dobrze. Nie był to jednak zapach lawendy, który zwykle zwiastował Marysieńkę latem. Tym razem pachniało woskiem świec i… rozgrzanym metalem.
Marysieńka stała przy bramie folwarcznej, w sukni, która wydawała się utkana z mgły i szronu. Nie uśmiechała się. Jej twarz była poważna, skupiona. Wyciągnęła rękę w stronę kościelnej wieży, która ledwo wystawała ponad drzewami parku.
– Chodźcie – usłyszeli w głowach, choć jej usta się nie poruszyły. – Zobaczcie, jak brzmi zima, która zabiera głos.
Dorota chwyciła Tomka za rękę. Świat zawirował, a mróz stał się jeszcze bardziej przenikliwe.
Nie byli już sami. Wokół kościoła w Targoszynie kłębił się tłum ludzi. Byli ubrani inaczej – kobiety w grubych chustach, mężczyźni w kożuchach i filcowych czapkach.
Dorota rozejrzała się. To nie był rok 2026.
– To pierwsza wojna – szepnęła, widząc żołnierzy w szarych mundurach, którzy kręcili się przy dzwonnicy.
Na śniegu, który skrzypiał pod butami setek ludzi, leżały dwa ogromne dzwony. Wyglądały jak powaleni olbrzymi. Ich spiżowe boki lśniły w słońcu, ale były nieme. Żołnierze ładowali je na wozy.
– Zabierają je – zrozumiał Tomek. – Na armaty.
Ludzie płakali. Jakiś starszy mężczyzna klęczał w śniegu, dotykając krawędzi większego dzwonu, jakby żegnał się z przyjacielem. Ale wzrok Doroty przykuło coś innego. Na wozie, obok dzwonów, leżała długa, stalowa szyna. Zwykła, prosta szyna kolejowa, surowa i brzydka.
Jeden z żołnierzy zaśmiał się i uderzył w nią młotem.
Dźwięk był potworny. Płaski, suchy, bolesny. Nie miał w sobie nic z głębi i ciepła dzwonu. Był jak krzyk. Jak zgrzytanie zębami.
– To ich nowy dzwon – powiedziała Marysieńka, stając tuż obok Doroty. – Głos ze stali. Głos wojny. Przez lata będzie budził wieś tym martwym dźwiękiem.
Wtedy Dorota dostrzegła ruch w cieniu dzwonnicy.
Młody chłopak, może w wieku Eryka – ogrodnika, którego historię już znali – wykorzystał zamieszanie. Gdy żołnierze mocowali liny, on schylił się przy mniejszym dzwonie. Coś odkręcał. Szarpał się z zardzewiałym mocowaniem, a mróz parzył mu palce.
W końcu, z wielkim wysiłkiem, wyszarpnął ze środka dzwonu ciężki, żeliwny element. Serce.
To, co uderzało i dawało dzwonowi głos.
Chłopak szybko owinął je w kawałek grubego płótna. Dorota wytężyła wzrok. Na rogu materiału wyszyte były czerwone litery: A.M.
– Anna Maria… – szepnęła Dorota, przypominając sobie imię jednej z dawnych fundatorek kościoła z monografii. A może to były inicjały matki chłopaka?
Chłopak nie uciekł daleko. Pobiegł w stronę pałacowego parku, w kierunku starej lodowni – miejsca, gdzie lód trzymał się nawet latem.
Wizja rozpłynęła się jak dym na wietrze. Znów stali przed stodołą. Mróz szczypał w policzki, ale teraz Dorota nie czuła zimna. Czuła ekscytację.
– Instrumentum – powiedziała głośno. – W dzienniku przewozów nie chodziło o instrument muzyczny. Chodziło o instrumentum vocis. Narzędzie głosu.
– Serce dzwonu – dokończył Tomek. – Ten chłopak je uratował. Żeby nie przetopili go na kule.
Ruszyli biegiem w stronę ruin lodowni, na skraju parku. Miejsce to było zrujnowane, zasypane ziemią i liśćmi, a teraz dodatkowo skute lodem. Ale Marysieńka wskazała im kierunek. Nie samą lodownię, ale małe zagłębienie tuż obok, pod korzeniami starego graba.
Ziemia była twarda, ale Dorota miała w samochodzie saperkę. Walczyli z mrozem przez dobre pół godziny, na zmianę odkupując zmarzniętą glinę.
– Jest! – krzyknął w końcu Tomek.
Saperka uderzyła o coś twardego. Nie był to kamień. Dźwięk był głuchy, metaliczny, ale pełny.
Wyciągnęli je. Było ciężkie, potwornie zimne i pokryte warstwą rdzy, która wyglądała jak szlachetna patyna. Kształt, który Tomek rysował w zeszycie – przypominający skrzydło lub lirę – to było zakończenie serca, miejsce, w którym wieszało się je wewnątrz dzwonu.
Dorota ostrożnie oczyściła przedmiot ze śniegu. Resztki butwiejącego płótna odpadły, ale na metalu wciąż widoczny był ślad farby lub grawerunku, który przetrwał wiek w ziemi.
– Zabrali ciało dzwonu, ale serce zostało w Targoszynie – powiedziała cicho. – Czekało na nas.
Tomek podniósł z ziemi mały kamień i delikatnie uderzył w żeliwo.
Dźwięk był cichy, stłumiony przez rdzę i mróz, ale wciąż piękny. Czysty.
– To nie jest szyna – uśmiechnął się chłopiec. – To brzmi jak…
– Jak pamięć – dokończyła Dorota.
Gdzieś w oddali, między drzewami, mignęła biała postać. Marysieńka skinęła głową.
Targoszyn odzyskał swój głos. Choćby tylko szeptem…
Cdn.