
W poprzednim odcinku: Dorota i Tomek odkrywają, że metalowa płytka ze spiralą nie jest pojedynczym znakiem, lecz częścią większego układu. Światło wydobywa z niej sens, który prowadzi nie w głąb parku, lecz poza jego mury. Marysieńka po raz pierwszy wypowiada nazwę Denkweg – Droga Myśli. Pojawia się pytanie, czy bruk przy studni jest początkiem tej drogi, czy tylko jej śladem. A to, co miało być zakończeniem, okazuje się dopiero zaproszeniem do dalszego szukania.
Po południu park był niemal pusty. Drzewa stały nieruchomo, jakby ktoś wyciszył wiatr, a powietrze miało w sobie ciężar późnej jesieni – bez zapowiedzi śniegu, bez obietnicy przełomu. Dorota szła powoli w stronę studni, a Tomek stawiał kroki dokładnie tam, gdzie wskazywał bruk.
– Tu się zaczyna – powiedział cicho, jakby bał się, że głośniejsze słowo mogłoby coś przerwać.
Kamienne kostki, nierówne i wygładzone przez czas, układały się w pas prowadzący dalej niż parkowe alejki. Nie w stronę pałacu, nie ku wnętrzu ogrodu, tylko na zewnątrz – ku polom. Dorota po raz pierwszy spojrzała na to miejsce nie jak na zagadkę, ale jak na fragment czegoś większego.
Szli wolno. Bruk pojawiał się i znikał, jakby droga nie chciała być odnaleziona w całości. Czasem wystawał spod ziemi tylko jeden kamień, czasem dwa. Potem znów nic – trawa, liście, ślady ludzi i zwierząt spacerujących na co dzień po parku…
– Ona się urywa – zauważył Tomek.
– Nie – odpowiedziała Dorota po chwili. – Ona się rozprasza.
W miejscu, gdzie wcześniej odnaleźli metalową płytkę ze spiralą, zatrzymali się dłużej. Teraz, w dziennym świetle, nie wyglądała już tajemniczo. Raczej… rzeczowo. Jak znak orientacyjny, jak punkt odniesienia. Marysieńka stała nieco z boku, oparta o pień starego drzewa. Nie spieszyła się z wyjaśnieniami.
– Denkweg nie była drogą, którą się pokonywało codziennie – powiedziała w końcu. – I nie była drogą „do”.
– To znaczy? – zapytała Dorota.
– Była drogą „od”. Od miejsca, od roli, od oczekiwań. Od pałacu. Od murów.
Tomek spojrzał w stronę pól.
– To dokąd ona prowadziła?
Marysieńka uśmiechnęła się lekko.
– Do wsi. Do wielu miejsc. Do domów, których już nie ma. Do ludzi, którzy nie wracali tą samą drogą.
Dorota nagle zrozumiała, dlaczego nie mogli znaleźć jej końca.
– Ona się nie kończyła jednym punktem – powiedziała wolno. – Rozchodziła się.
Marysieńka skinęła głową.
– Dlatego nie ma jej na mapach. I dlatego zniknęła. Drogi, które nie prowadzą do jednego celu, są niewygodne do zapamiętania.
Zapadła cisza. Taka, która nie domaga się odpowiedzi.
W drodze powrotnej Dorota nie szukała już kolejnych znaków. Miała poczucie, że Denkweg powiedziała wszystko, co miała do powiedzenia. Nie była tajemnicą do rozwiązania, tylko historią do przyjęcia.
Przy studni Tomek jeszcze raz spojrzał na bruk.
– Czy ktoś jeszcze nią pójdzie?
– Każdy, kto będzie chciał – odpowiedziała Dorota. – Ale nie stopami.
Marysieńka stała obok nich, coraz bardziej przezroczysta w popołudniowym świetle.
– Drogi znikają – powiedziała. – Sens zostaje.
Kiedy odeszli, park znów wyglądał zwyczajnie. Jakby nic się nie wydarzyło. A jednak Denkweg była tam nadal – nie jako ścieżka, lecz jako pamięć ruchu, wyjścia, odwagi, by pójść poza mury.
I to wystarczało…
Cdn.