
Wrzesień zawsze miał w sobie coś z nowego początku. Dni stawały się krótsze, ranki chłodniejsze, a powietrze pachniało już nie latem, ale wilgocią i ziemią. Tomek wrócił do szkoły i większość dnia spędzał w ławce, z tornistrem cięższym niż chciałby przyznać.
Po południu Dorota zaproponowała mu spacer – potrzebowali ruchu, a park zawsze koił myśli. Weszli na ścieżkę wzdłuż muru, tam, gdzie najrzadziej zaglądali. Drzewa tworzyły gęsty dach, a gałęzie zwisały tak nisko, że trzeba było się schylać.
Tomek, jak zwykle, znalazł sobie patyk i rysował nim znaki w ziemi. – Tu jest nudno – mruknął. – Tylko mur i chwasty.
Ale zaraz stuknął patykiem o coś twardego.
Spomiędzy trawy i ziemi wystawał omszały fragment kamienia. Nie był duży, ale miał regularny kształt, jakby kiedyś starannie go obrobiono. Dorota odgarnęła mech.
– To chyba kamień graniczny – powiedziała. – Zobacz, tu są jakieś znaki.
Litery były prawie starte, lecz pod odpowiednim kątem dało się dostrzec coś jak „M” i fragment krzyża. Tomek przykucnął i przyłożył dłoń do powierzchni.
– Mamo, co to znaczy graniczny. On jest z zagranicy? – zapytał Tomek. Dorota zaśmiała się: – Nie, synku, to znaczy, że wyznacza jakąś granicę, na przykład między wsiami.
Tomek nachylił się nad kamieniem i długo mu się przyglądał, a potem przyłożył do niego ucho i dłoń. – On coś pamięta – powiedział poważnie po chwili. – Czuję, jakby był smutny.
Dorota uśmiechnęła się lekko. – Może smutny, że nikt go nie zauważa.
Puknęła palcami w kamień. Dźwięk był głuchy, jakby pod spodem kryło się coś jeszcze.
Wieczorem, kiedy Tomek odrabiał lekcje, Dorota sięgnęła po monografię Targoszyna, którą niedawno przeglądała. Natrafiła na fragment o sporach granicznych i ugodzie z Mściwojowem w 1666 roku. Pomyślała, że może właśnie wtedy położono kamienie graniczne.
Dorota wróciła myślą do odkrycia przy murze. Może to był jeden z takich znaków? Może nie tylko wyznaczał granice targoszyńskiej ziemi, ale też miał przypominać o tym, że coś zaczęło się od nowa?
Tej nocy Dorota długo nie mogła zasnąć. Było wyjątkowo ciepło, jak na wrzesień. Przez otwarte okno słyszała pohukującą gdzieś w oddali sowę, a w głowie wciąż miała obraz omszałego kamienia, którego nijak nie mogła wymazać.
Niespodziewanie do pokoju napłynął zapach lawendy. Marysieńka stanęła obok biurka i patrzyła spokojnie.
– Dobrze myślisz, wnusiu, to nie jest tylko kamień graniczny – powiedziała cicho. – To był znak pamięci. Postawiony, by ci, którzy wracali po wojnie, wiedzieli, gdzie zacząć od nowa.
Dorota słuchała w milczeniu.
– Granice nie były tylko o ziemi – ciągnęła Marysieńka. – Były o tym, kto miał dokąd wrócić, a kto stracił swoje miejsce. Kamienie miały przypominać, że Targoszyn odrodził się, mimo że po wojnie niewiele z niego zostało.
Powiedziawszy to wszystko, Marysieńka zniknęła tak, jak zawsze – bezszelestnie, pozostawiając jedynie zanikający powoli zapach lawendy.
W weekend Dorota i Tomek wrócili w to samo miejsce. Wyposażeni w małą szczotkę i rękawiczki oczyścili ziemię wokół kamienia. Pod korzeniami trafili na coś metalowego – fragment dawnej tabliczki.
Litery były nadgryzione przez rdzę, ale jedno słowo wciąż dało się odczytać: „Memorare”. – „Pamiętaj” – Dorota powtórzyła łacińskie słowo szeptem po polsku.
– To po łacinie – powiedziała głośno do synka. – Kiedyś wszystko pisało się w tym języku, bo znali go ludzie z różnych krajów.
Tomek dotknął tabliczki i szepnął: – On nie chce, żebyśmy zapomnieli i myśli, że to już się stało. Dlatego jest taki smutny.
Dorota wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że w tym miejscu Marysieńka podsuwa jej nową opowieść – o wsi i o ludziach, którzy przed wiekami musieli zbudować Targoszyn na nowo.
Kamień, jak to kamień, milczał. Ale przez setki lat usłyszał wiele historii, które mógł opowiedzieć. Dorota i Tomek powoli też zaczęli je słyszeć…
Cdn.