
Dawniej ciemność na wsi miała zupełnie inne znaczenie niż dziś. Gdy zapadał zmrok, a nie zaświecił akurat księżyc w pełni, kończyło się… wszystko. A przynajmniej to, co nie mogło toczyć się bez pomocy światła. No, chyba że były to czyjeś „ciemne sprawki” 😉
Nie bez powodu jesienne noce – Halloween, Zaduszki, a potem Andrzejki – od wieków obrastały w rytuały, opowieści i wróżby. Ciemność rozbudzała wyobraźnię, potęgowała lęki i przywoływała duchy przeszłości. Ale zanim przyszłość rozbłysła żarówką, a światło popłynęło z drutów i transformatorów, Targoszyn – jak wszystkie inne wsie tej części świata – znał tylko jedno nocne oblicze: ciemność.
Kiedyś noc służyła przede wszystkim odpoczynkowi. I to z konieczności. Nie było Netflixa, nie było lamp solarnych w ogrodzie, a latem jedynym punktem świetlnym bywał rozgwieżdżony nieboskłon albo ogień na podwórzu.
Nie brakowało też nocy, które żyły własnym życiem – szczególnie tych andrzejkowych, kiedy dziewczęta próbowały odczytać z cienia lany wosk przyszłość, albo w Wigilię, gdy wypatrywano gwiazdy i oczekiwano znaków od nieba. Ciemność miała wtedy zupełnie inne znaczenie – była bramą do innych światów.
Dlatego dawno, dawno temu – czyli jeszcze w XIX wieku – każda noc była przygodą. Po zapadnięciu zmroku nikt nie wychodził z domu bez potrzeby, chyba że z latarnią, kagankiem albo dobrą znajomością układu gwiazd. Droga do sąsiada kończyła się często potknięciem na kamieniu lub spotkaniem z kotem, który postanowił akurat spać na środku ścieżki. Światło było luksusem. A jego źródła – nieco mniej romantyczne, niż by się mogło wydawać.
Przez wieki najpewniejszym źródłem światła był… księżyc. Ale kiedy niebo było pochmurne, mieszkańcom wsi pozostawały pochodnie, kaganki, łuczywa i świeczki. Najczęściej jednak życie po zmroku zamierało – szczególnie na polach i drogach. Wieczorne spacery kończyły się na progu domu, gdzie przy stole lub piecu można było liczyć na blask świecy. Zresztą, sama świeca była luksusem – długo królowały łuczywa i smolne szczapy.
W XIX wieku wieczorne życie Targoszyna ograniczało się do wnętrz domostw. Chłopi, rzemieślnicy i domownicy korzystali z lamp oliwnych, a później – bardziej dostępnych lamp naftowych. W pałacu mogły pojawiać się także świeczniki lub kinkiety zasilane olejem roślinnym. Jednak każda z tych form światła była cenna – dosłownie. Paliwo kosztowało, a więc i światło było używane z umiarem.

W domach pałacowych czy bogatszych gospodarstwach pojawiały się świeczniki i kinkiety. W samym pałacu w Targoszynie, zanim we wsi pojawiła się elektryczność, nie brakowało żyrandoli na świece – dziś już ich nie ma, ale być pewnie gdzieś w murach pamięć o nich nadal się tli…
A co ze światłem ulicznym? Cóż – z tym było jak z pogodą: jak księżyc dopisał, to było jasno. Jak nie – to się po omacku szło, z sercem na ramieniu. Czasem gdzieś płonęła świeca przed domem, ale o regularnych latarniach można było tylko pomarzyć.
Na krótko przed wybuchem I wojny światowej rozpoczęto elektryfikację Targoszyna. W planach było oświetlenie domostw, może i ulic, i wreszcie uwolnienie się od lamp naftowych, które brudziły, kopciły i wymagały ciągłej uwagi. Ale historia miała inne plany – wybuchła wojna. Na szczęście nie na tyle gwałtowna, żeby całkiem zatrzymać postęp.
Już w 1915 roku większość gospodarstw we wsi korzystała z prądu – tak przynajmniej głosi monografia Targoszyna. Światło elektryczne rozgościło się w domach, pod dachami i w stajniach. Odtąd można było czytać po zmroku bez przypalania sobie brwi.
Elektryczność to nie tylko żarówki – to też silniki, przewody i maszyny. Targoszyn nie zasypiał gruszek w popiele. W gospodarstwie rolnika Atzlera, naprzeciwko słynnej gospody „Gerichtskretscham”, pojawiła się nawet podwieszana kolejka elektryczna do transportu gnoju. Brzmi jak science fiction? A jednak – taki był lokalny geniusz techniki! Rolnicy zaczęli napędzać młocarnie prądem, co w tamtych czasach robiło ogromne wrażenie. Zwłaszcza że wcześniej młóciły konie – i to niekoniecznie z entuzjazmem.
Dokładna data pojawienia się pierwszych ulicznych latarni w Targoszynie nie została odnotowana w źródłach. Ale skoro już w 1915 roku większość domów miała elektryczność, można przypuszczać, że w latach 20. XX wieku zaczęto również instalować lampy uliczne – przynajmniej w centralnych częściach wsi. Może przy pałacu, może w okolicach szkoły czy kościoła. Z pewnością były one rzadkie, proste, na słupach lub przy budynkach. Ale były. I to się liczy.
Możecie zapytać – po co nam dziś wspominać o dawnym oświetleniu, skoro LED-y świecą aż miło, a latarnie uliczne bywają bardziej problemem niż radością (szczególnie dla sów i nietoperzy)? Otóż historia światła to historia zmiany. Zmiany rytmu życia, przyzwyczajeń, dostępu do wiedzy i rozrywki. Dziś Targoszyn nie tonie już w ciemnościach, ale warto pamiętać, że każda zapalona lampa kiedyś była luksusem. I może właśnie dlatego warto czasem zgasić światło – i posłuchać ciszy. Może usłyszycie, jak Marysieńka szepcze gdzieś z parku stare opowieści…
Wasza
𝓜𝓪𝓻𝔂𝓼𝓲𝓮ń𝓴𝓪 𝓝𝓸𝓷-𝓟𝓻𝓸𝓯𝓲𝓽