
W poprzednim odcinku: Dorota i Tomek odnaleźli w starej studzience drenarskiej metalową, ażurową płytkę ze spiralnym motywem, najstarszy znak Denkweg – drogi rozmyślań. Marysieńka zdradziła im, że ścieżka zaczynała się nie w parku, lecz przy jednej z folwarcznych studni, tam, gdzie kiedyś codziennie zaczynało się życie.
Początek grudnia w Targoszynie nie przypominał zimy. Poza brudnymi resztkami tego, co pozostało po niedawnych opadach, nie było śniegu, a mróz chwytał głównie nocą. Była za to wilgoć – ta wszechobecna, która osiada na szalikach, na rękawach, na włosach. Liście pustego parku leżały ciężko na ziemi, jak mokra kołdra, a suche źdźbła trawy były tak przesiąknięte wodą, że uginały się pod każdym krokiem.
Tomek wrócił po lekcjach wyjątkowo cichy.
– Mamo, już dawno nie byliśmy w parku. Pójdziemy dzisiaj? – zapytał tylko.
Dorota wiedziała, że chodzi mu o folwark. O studnię, która – jeśli wierzyć Marysieńce – była początkiem ścieżki pamięci.
– Tak. Tylko weź jeszcze drugą latarkę. Dzisiaj szybko robi się ciemno.
W domu Dorota rozłożyła na stole swoje notatki. Stare mapy folwarku, rysunki z lat 60., szkice konserwatorskie, fotografie z drona – wszystko, co udało jej się zebrać po poprzednich odcinku poszukiwaniach. Wszystkie wskazywały na jedno miejsce – za starym murem, po lewej stronie zabudowań, gdzie dziś pozostały tylko ceglane fundamenty porośnięte trawą.
Tomek pochylił się nad mapą.
– Tu… – dotknął palcem jednego ze szkiców. – Tu jest takie kółko.
– To miejsce po studni – potwierdziła Dorota. – Najstarszej.
Mgła snuła się pod lampą jak rozlana wata.
– Chodź. Zanim zapadnie zmrok.
Szli w ciszy, tylko gałęzie szurały nad nimi jak stara miotła. Za murem pałacu zaczynał się teren folwarczny – dawniej tętniący życiem, dziś cichy i popękany od czasu. Przy zarośniętych fundamentach ziemia była ciemniejsza, bardziej miękka. Jakby deszcze, które przeszły kilka dni temu, coś w niej odsłoniły.
– Mamo, tu! – zawołał Tomek.
Zatrzymał się przy okrągłym wgłębieniu. Nie była to studnia w pełni zachowana – raczej zarys, obrzeże z kilku starych cegieł, fragment dawnego kręgu.
Dorota uklękła.
– To musi być tutaj. Ta studnia „ze znakiem spirali”, o której mówiła Marysieńka.
Przesunęła dłonią po wilgotnej cegle. Na jednej ze ścianek, pod warstwą mchu, wyczuła palcami metal. Zawahała się przed usunięciem mchu, bo wiedziała, że jest pod ochroną, ale ciekawość przeważyła. Zaczęła do ściągać, odsłaniając… nie spiralę – nacięcie było zbyt proste, zbyt surowe. Okrąg. Jeden. Bez początku, bez końca.
– To może być jakiś wcześniejszy symbol – szepnęła.
– Starszy? – zapytał Tomek.
– Tak. Może sprzed wszystkich innych kamieni. Może ludzie potem na tym okręgu stworzyli spiralę?
Przy studni leżało coś jeszcze – niewielki kopczyk ziemi i resztki czegoś wypalonego na czarno. Dorota wzięła grudkę popiołu do ręki. Był drobny, zupełnie suchy – jakby nie dotknęła go wilgoć ostatnich deszczy.
– To dziwne – mruknęła. – Powinno być mokre.
Tomek nachylił się.
– Wygląda jak po świecach
Dorota spojrzała na niego. Zgadł.
Nagle powietrze wokół nich drgnęło. Jakby ktoś przeszedł obok – ale nikt nie przeszedł. A jednak Dorota poczuła delikatne muśnięcie lawendy. Marysieńka.
– Dobrze trafiliście – powiedziała, stojąc tuż przy studni. – To było miejsce, od którego zaczynała się Denkweg. Tutaj kobiety zbierały się o świcie. Tutaj zapalały swoje lampki – po jednej za każdego, kto pracował daleko, albo za każdego, kto nie wrócił.
Zerknęła na okrągły symbol na cegle.
– To pierwszy znak pamięci. Najprostszy. Zanim dziewczęta wymyśliły spiralę, był tylko krąg. Pełnia. Przetrwanie.
Tomek trzymał latarkę tak mocno, że aż zbielały mu palce.
– A czemu ktoś go zasypał?
Marysieńka uśmiechnęła się smutno.
– Czasy się zmieniły. Ludzie odchodzili. Ale pamięć nie zniknęła. Zeszła głębiej.
Dorota wstała, otrzepując dłonie z wilgoci. Chciała obejść studnię… i wtedy coś zauważyła. W trawie, tuż obok fundamentów, tkwiła pojedyncza, płukana deszczem kostka brukowa. Mała, zużyta, ale wyraźnie nie pasująca do otoczenia.
– Mamo… – Tomek zamarł. – To jest droga. Stara droga.
Dorota, wstrzymując oddech, przyjrzała się uważniej. Kostka była elementem czegoś większego. Czegoś, co prowadziło nie w stronę parku, ale… na zewnątrz. W stronę pól.
– To jest część Denkweg – powiedziała Marysieńka. – Tu się zaczynała, potem prowadziła przez wieś i park jego aż za mury.
– Dokąd dokładnie? – zapytała Dorota.
– Do miejsca, którego już nie ma – odpowiedziała Marysieńka cicho. – Ale jego ślad wciąż jest w ziemi. Musicie tylko iść dalej.
I zniknęła.
W domu Dorota położyła na stole:
Dopiero teraz zauważyła coś oczywistego – spirala na płytce i okrąg na cegle układały się w jeden symbol, a kostka wyznaczała kierunek.
– Mamo… – Tomek przerwał ciszę. – A jeśli Denkweg zaczynała się przy studni… to gdzie się kończyła?
Dorota uśmiechnęła się lekko, choć sama nie znała odpowiedzi.
– Właśnie to spróbujemy odkryć. Gdzieś za murami parku…
Cdn.