
W poprzednim odcinku: Dorota i Tomek odnaleźli przy murze parku drugi kamień Denkweg – kamień z pięcioma zagłębieniami. Marysieńka zdradziła im, że kiedyś ustawiano na nim małe lampki dla tych, których nie udało się uratować. To był element dawnej drogi rozmyślań – ścieżki pamięci, której dziś próżno szukać na mapach.
Początek listopada w Targoszynie pachniał mokrymi liśćmi, chłodem i czymś jeszcze – jakby miękką ciszą, która spowija miejsce po końcu jesieni, a przed początkiem zimy. W parku mgła zawieszała się nisko, zakrywając trawę, a krople rosy trzymały się gałązek jak małe, szklane paciorki.
Tomek wrócił ze szkoły zmęczony, ale pełen energii, która pojawiała się tylko wtedy, gdy mama zapowiadała wyprawę do parku.
– Pójdziemy szukać nowych kamieni? – zapytał, wciągając buty.
– Tak, ale dziś zejdziemy głębiej w stronę folwarku. Chcę sprawdzić jedno miejsce – odpowiedziała Dorota.
Ruszyli późnym popołudniem, kiedy słońce wisiało już nisko, robiąc świat coraz bardziej złotym i cichym.
Ostatnie dni były deszczowe. Ziemia nasiąknęła wodą tak mocno, że każde postawione na niej stopy zapadały się miękko. Gdy dotarli w okolice starego muru, Dorota zauważyła coś, czego wcześniej nie było. Fragment ziemi osunął się, odsłaniając… okrągły, kamienny wylot czegoś na kształt starej studzienki drenarskiej. Nie studni z wodą, tylko raczej kanału, który przed laty odprowadzał nadmiar wilgoci z parku i folwarku, gdy jeszcze wszystko tu pracowało, oddychało i żyło rytmem majątku.
– Mamo! To dziura! – Tomek pochylił się, ale Dorota złapała go za kaptur kurtki.
– Bardzo stara dziura. Ostrożnie – powiedziała szybko.
Wnętrze było suche, ciemne, głębokie może na metr. Ściany ułożone z kamieni, dawno już zapomniane.
– Daj mi latarkę – poprosiła Dorota.
Tomek, szczęśliwy, że może być „pomocnikiem misji”, podał jej lampkę. Gdy światło wpadło do środka, na dnie rozbłysnęło odbicie.
– Co to…? – zapytała sama siebie Dorota.
Na dnie leżało coś metalowego. Trochę zaśniedziałego, ale odbijającego światło. Kształt był płaski, przypominał małą płytkę, jakby tabliczkę albo… znak.
Dorota sięgnęła ostrożnie, opierając się o brzeg studzienki. Wyciągnęła przedmiot i położyła na ziemi. Był ciężki. Tomek kucnął obok.
– To nie jest kamień – powiedział, choć było to oczywiste, co sprawiło, że Dorota się uśmiechnęła.
– Nie – przyznała. – To coś innego.
Metalowa płytka, wielkości dłoni, była ciężka i nieregularna. Spiralny wzór nie był tylko nacięciem – część linii była wycięta na wylot, tworząc ażurowy labirynt. Kiedy Dorota uniosła ją wyżej, światło latarki przenikało przez otwory jak przez starą, ręcznie robioną dekorację.
Tomek dotknął ostrożnie.
– To jak wir. Albo jak droga… ale taka, od której kręci się w głowie.
Dorota uśmiechnęła się.
– Może to początek – powiedziała. – A może koniec…
Wtedy powietrze wokół nich delikatnie drgnęło. Zaszeleściły liście, choć nie było wiatru. Zapach lawendy. Oczywisty znak.
– To tabliczka z pierwszego kamienia – powiedziała Marysieńka, pojawiając się tuż obok, tak lekko, że nawet mgła się nie zmąciła. – Tego, od którego wszystko się zaczęło.
Dorota uniosła metalową płytę.
– Pierwszy element Denkweg? – zapytała.
Marysieńka skinęła głową.
– Denkweg miał siedem kamieni. Ale ta tabliczka jest z jeszcze starszego kamienia, jeszcze sprzed Richthofenów. Spirala oznaczała drogę człowieka wracającego do siebie. Nie była to droga religijna ani polityczna. To była droga… życia.
Tomek spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
– Babciu, a czemu ktoś to schował w studni? – zapytał.
– Nie schował – odparła Marysieńka łagodnie. – Ziemia to ochroniła. Gdy przyszły wojny, pożary i strach, wiele rzeczy zniknęło. Ale pamięć czasem chowa się sama, tam, gdzie nikt nie szuka.
Dorota milczała przez chwilę.
– To znaczy, że Denkweg zaczynała się tutaj?
Marysieńka spojrzała w stronę folwarku.
– Nie tutaj. Ale tu znajdziecie trop, który prowadzi dalej. Droga zaczynała się tam, gdzie ludzie zbierali wodę. Tam, gdzie zaczynało się życie każdego dnia.
– Studnia? – wyszeptał Tomek.
Marysieńka uniosła brwi.
– W folwarku były trzy. Ale tylko jedna miała znak spirali. Ta, przy której kobiety modliły się za tych, którzy wyjechali i nie wrócili.
Dorota poczuła nagłe przebłyski z map, które oglądała miesiąc temu.
– Wiem, o którą chodzi – mruknęła.
Marysieńka uśmiechnęła się.
– To idźcie tam jutro. A dziś… pozwólcie temu miejscu odpocząć. Zasłużyło na ciszę – powiedziała i zniknęła tak, jak się pojawiła – lekko, w zapachu lawendy.
Tomek jeszcze długo patrzył na spiralę.
– Mamo, myślisz, że te cienie… to ludzie, którzy tu chodzili?
Dorota położyła mu dłoń na ramieniu.
– Myślę, że każdy, kto zostawił tu ślad, jest teraz trochę bliżej nas.
Gdy wychodzili z parku, słońce zachodziło powoli, a wokół nich snuł się delikatny, mleczny blask. Jakby ziemia naprawdę świeciła od środka.
W domu Dorota ułożyła metalowy znak na biurku, ale po chwili go podniosła. Gdy ustawiła płytkę pod lampką, światło przeszło przez ażurowe wycięcia i rozlało się po ścianie w postaci poszarpanego, krętego cienia. Wyglądało to jak fragment mapy, której nikt już nie pamiętał. Cień drżał lekko, jakby samo światło chciało wskazać kierunek.
Cdn.