
W poprzednim odcinku: Dorota i Tomek odkryli przy murze pałacowego parku stary kamień z napisem Memorare – „Pamiętaj”. Okazało się, że to nie granica, lecz ślad po ludziach, którzy po wojnie trzydziestoletniej odbudowali Targoszyn. Ale pamięć, jak się okazuje, nie kończy się na jednym kamieniu.
Zaczynający się właśnie październik miał w Targoszynie smak dymu z ognisk i chłodnej mgły, która porankami kładła się nisko nad parkiem. Liście szeleściły pod stopami jak papier, a powietrze pachniało wilgocią i starym drewnem.
Dorota i Tomek przyszli do parku po południu, w sobotę. Od czasu odkrycia kamienia Memorare często wracali w to miejsce – nie żeby szukać, raczej żeby być. Ale tego dnia coś ich poprowadziło wzdłuż muru, dalej niż zwykle, aż w stronę starych zabudowań folwarcznych.
– Spójrz – powiedział Tomek, schylając się przy krzakach. – To chyba kolejny kamień.
Leżał płasko, częściowo przykryty liśćmi. Był inny niż tamten – bez inskrypcji, za to z sześcioma równymi zagłębieniami, jakby ktoś kiedyś celowo w nich coś umieszczał. Wyglądał trochę jak wielka kostka do gry w kości, która właśnie wypadła na szóstkę.
Dorota dotknęła powierzchni. Kamień był chłodny, szorstki, ale… znajomy.
– On też coś pamięta – powiedział Tomek. – Tylko nie słowa.
Wieczorem Dorota przeglądała swoje zapiski. W starych notatkach konserwatorskich natrafiła na wzmiankę, której wcześniej nie zauważyła:
„Denkweg – dawny trakt parkowy, dziś nieczytelny. Prawdopodobnie ścieżka kontemplacyjna z końca XIX wieku, wzdłuż której ustawiono kamienie o symbolicznym znaczeniu.”
Zamknęła notes. Denkweg – droga rozmyślań. To brzmiało jak zaproszenie.
Kiedy spojrzała w stronę okna, zauważyła lekki ruch zasłony. Powietrze w pokoju zapachniało lawendą.
– Nie zmyśliłam tej ścieżki, babciu Marysieńko, prawda? – zapytała w pustkę.
– Nie – odpowiedziała Marysieńka, która już tam była. – Denkweg istniała naprawdę. Ale tu, w Targoszynie, nie była to ścieżka religijna. Była… ludzka. Prowadziła przez pamięć, nie przez dogmaty.
Dorota odwróciła się.
– A te zagłębienia w kamieniu? – zapytała.
– To miejsca po lampkach – odpowiedziała Marysieńka. – Dawniej ustawiano tu małe szklane światełka. Po jednym dla każdego, kogo nie udało się uratować. Z czasem świeczki zniknęły, ale kamień został.
Nazajutrz Dorota i Tomek wrócili w to miejsce. Mgła unosiła się jeszcze nad trawą, a krople rosy połyskiwały na pajęczynach. Dorota miała mapę, a Tomek plecak z kanapkami i latarkę.
Idąc wzdłuż muru, zauważyli kolejne wybrzuszenia terenu – jak rytm kroków z przeszłości. Co kilka metrów ziemia była lekko uniesiona, jakby ktoś kiedyś ułożył wzdłuż niej kamienie.
– Denkweg – powiedziała Dorota półgłosem. – Droga rozmyślań.
– Czyli to taka ścieżka dla wspomnień? – zapytał Tomek.
– Może. Albo ścieżka wyłożona dla tych, których wspomnienia się nie zmieściły w świecie – odpowiedziała mu mama.
Zatrzymali się przy kamieniu z sześcioma otworami. Dorota wyjęła z torby małą świeczkę i wstawiła ją w jedno z zagłębień. Płomień zadrżał, po czym zapłonął jasno, jakby kamień wziął go pod opiekę. Mimo wilgoci, mgły i lekkiego wiatru, który ją powoli rozpraszał, świeczka płonęła równym, niezachwianym płomieniem.
– Działa – szepnął Tomek z przejęciem. – Naprawdę działa! – krzyknął jeszcze klaszcząc w ręce i podkakując.
Kiedy wrócili do domu, Dorota długo patrzyła na zdjęcie, które zrobiła kamieniowi. W świetle lampy zauważyła coś, czego nie widziała wcześniej – przy dolnej krawędzi widać było ślad wyrytej cyfry. IV.
Zanim zdążyła to przemyśleć, usłyszała znajome bicie zegara. Cztery uderzenia. Równe. Spokojne.
I wtedy w pokoju znów zapachniało lawendą.
– Czasem czwarte światło zapala się samo – powiedziała Marysieńka. – Dla tych, którzy pamiętają nie tylko ludzi, ale i miejsca.
Dorota uśmiechnęła się. Zrozumiała. Denkweg nie była tylko ścieżką kontemplacji. Była sposobem, w jaki Targoszyn uczył się pamiętać.
A kamień? Kamień po prostu robił to, co umiał najlepiej. Milczał – i trwał.
Cdn.